2017-08-31

| 3 | 2.

Po pracy wsiadam do swojego samochodu i uprzednio sprawdzając czy mam zamówienie dla Reny, ruszam do ich domu. Robbie Dean siedzi na miejscu pasażera i nic nie mówi. Nie jest zachwycony moim pomysłem odwiedzenia swojego byłego i jego żony oraz córki.
Gdy parkuję przed ich domem, nie ma już odwrotu. Zabieram torebkę i podchodzę do drzwi i delikatnie pukam. Na wszelki wypadek wolę hałasować, bo jeśli mała Ana śpi to mogłoby być źle. Po chwili otwiera nam Rena z córką na rękach.
- Chodźcie. - wpuszcza nas do środka.
- Zapomniałam uprzedzić, to Robbie Dean, mój narzeczony. - przedstawiam Pyrenie chłopaka.
- Miło poznać. Pyrena Picker. - ściska mu dłoń. - A to Anastasia Picker. - pokazuje nam małą, która uśmiecha się do nas radośnie. - Przejdźmy do salonu. - rusza przodem.
Idę za nią, rozglądając się na boki. Picker zrobił tu generalny remont, bo zupełnie nie przypomina to miejsca, gdzie dwa lata temu często się spotykaliśmy.
- Proszę. Wasze zamówienie. - kładę na stole pudełko z zaproszeniami. Są na urodziny Robbiego, choć jeszcze to sporo czasu. Mamy dopiero końcówkę września, a przecież on ma urodziny na koniec listopada. Jednak nic nie mówię. To ich decyzja.
- Dziękuję. - Rena posyła mi uśmiech i kładzie małą na kocyku z zabawkami. - Zajmie się sobą chociaż przez chwilę. Jest bardzo rozumna jak na dziesięciomiesięczne dziecko. - dodaje i rusza do kuchni. - Zerknij na nią, a ja idę zaparzyć herbatę dla nas. - prosi mnie i znika za półścianką.
Podczas gdy ona jest w kuchni, zjawia się Picker i wita się najpierw ze mną, potem z Robbiem Deanem.
- To wy się znacie? - jestem zaskoczona.
- No, tak. Graliśmy kiedyś razem w klubie. - odpiera ukochany.
- To długa historia. - dodaje Picker. - Może innym razem...
- Ooo... Widzę, że miło się Wam rozmawia. - Re wraca z tacą do salonu.
- Tak. Wyobrażasz sobie, że chłopaki się znają? - spoglądam na nią.
- Serio? To fajnie. - siada obok mnie i zaczyna zagadywać.
Z krótkiego spotkania z powodu zamówienia, przeistacza się to w długą pogawędkę na temat wszystkiego. Trochę o muzyce, trochę o dzieciach... Ostatecznie Rena zaczyna dawać mi porady odnośnie ślubu i ukrycia ciążowego brzuszka. Stwierdza, że koniecznie pomoże mi jak będzie trzeba. Dziękuję jej i niedługo później wraz z Robbiem Deanem wracam do naszego apartamentu, gdzie wita nas jego kot. Pomimo swojego wieku jest naprawdę żywy. Tylko by broił. Biorę futrzaka na ręce i kładę się z nim na dywanie. To po prostu takie nasze zabawy.

2017-08-30

| 3 | 1.

Wybieram numer do Pickera i czekam aż odbierze, jednak zamiast niego słyszę głos Reny.
- Słucham, tu Pyrena, żona Robbiego. - odzywa się.
- O, cześć Rena. To ja, Taylor. Jest Robbie? Chciałbym z nim porozmawiać. - odpieram.
- Wyszedł akurat do sklepu, powinien niedługo być. - odpowiada, a w tle słyszę głos dziecka. - Przepraszam, ale mała Ana jest głodna. - dodaje.
- Nie ma sprawy. Zadzwonię później. - mówię serdecznym tonem. - A, i jeszcze jedno. Zamówienie jest gotowe. Mogłabym dostarczyć je osobiście, jeśli chcecie. Byłabym około czwartej. - oznajmiam.
- O, byłabym wdzięczna. Z malutką to ciężko gdzieś wyjść, a pocztą to pewnie długo by szło... Więc czekamy na Ciebie. - zgadza się, po czym rzuca krótkie "do zobaczenia" i rozłącza.
Odkładam telefon na biurko i wykonuję kolejne zamówienia, aż do przerwy obiadowej, na którą jestem umówiona z Robbiem Deanem.

Siadam przy stoliku z sałatką warzywną, świeżym ciemnym pieczywem oraz sokiem z czarnej porzeczki i czekam na narzeczonego.
- Już jestem moja mała błyskawico. - cmoka mnie w policzek i wyciąga z lodówki przygotowany posiłek. Kurczak, frytki, surówka i obowiązkowo sok jabłkowy. Wszystko zdrowe i bezglutenowe.
- Chciałeś mi coś powiedzieć, czyż nie? - zaczynam, kiedy siada.
- Tak. - uśmiecha się do mnie, chwytając moją dłoń. - Nie jestem już stażystą.
- Ale… Jak to? - pytam. Nie może teraz opuścić firmy. - Potrzebujemy kogoś takiego jak Ty, więc jak to?
- Wiesz… Długo rozmawialiśmy z Ralphem i stwierdził, że ze stażu to może być mi ciężko utrzymać rodzinę i powinienem mieć pełen etat… - kontynuuje, a ja dalej go nie rozumiem.
- Mów jaśniej. Nie powinieneś mnie teraz denerwować. - ponaglam go. Okay, może zbyt często wykorzystuję przywileje z powodu ciąży, ale w takiej sytuacji to konieczność.
- Nie denerwuję. Po prostu próbuję w elegantszych słowach przekazać Ci iż nie jestem stażystą, bo awansowałem na zastępcę twojego ojca, Tay. - ogłasza w końcu, aż kilka starszych pracownic odwraca się w naszą stronę.
- Ty? Przecież to miało być moje miejsce. - oburzam się.
Od kiedy tylko zaczęłam tu pracę, ojciec obiecał mi taki awans, abym mogła przejąć po nim firmę od razu, a teraz zatrudnił na to miejsce Robbiego?
- Co? Nie wiedziałem. Sorry mała błyskawico. - smutnieje od razu. - Jeśli chcesz to powiem mu, że rezygnuję i tyle. - dodaje i wstaje od stolika.
Znowu zrobiłam coś nie tak. Jak zawsze.
- Zaczekaj. - wołam za nim, ale on już znika ze swoim jedzeniem w korytarzu.
Zamykam oczy, liczę do dziesięciu i wraz ze swoją sałatką ruszam za nim. Gdy staję w progu jego biura, widzę, że siedzi w swoim fotelu zwrócony twarzą do okna.  Na podłodze stoi kilka kartonów z jego rzeczami. Zapewne miał się przenieść do biura obok mojego taty.
- Jesteś na mnie zły? - kładę mu rękę na ramieniu.
- Myślałem, że się ucieszysz… Chciałaś, abym miał dobre relacje z twoimi rodzicami, zarabiał dużo i był zawsze obok, a teraz co? Coś się zmieniło? - podnosi na mnie wzrok, a w jego oczach dostrzegam łzy.
- Nie chodzi o to… Po prostu… W sumie to już nieważne. - macham dłonią i siadam do niego na kolana. - Poczułam się nieco oszukana, ale skoro i tak planujemy się pobrać w przyszłym roku, to fakt które z nas będzie zastępcą nie ma znaczenia. - dodaję i przytulam się do niego.
- Nie ma znaczenia, ale będzie nas dzielić, zobaczysz. Może popełniłem błąd wracając tu do pracy… - wdycha.
- Nie popełniłeś. Dobrze, że jesteś, kochanie. - cmokam go w policzek, a kąciki jego ust lekko się unoszą. - Wiesz… Kiedyś to będzie nasza firma, więc chyba nie powinniśmy się kłócić. - dorzucam.
- Masz rację. - zgadza się i czule mnie całuje.

2017-08-29

| 3 | Prolog

Kilka tygodni po naszym zejściu się z Robbiem, chłopak stwierdził, że powinnam z nim zamieszkać, więc rodzice pomogli mi się tym zająć. Ogólnie to jego apartament wcale nie jest taki mały, na jaki wygląda, więc mieszkanie tu razem nie będzie złe.

- Cześć kochanie. - Robbie zagląda do mojego biura.
- Hej. - odpieram i odrywam się na chwilę od pracy. - Co chcesz? - pytam, zarzucając mu ręce na szyję.
- Nic takiego. Po prostu już się stęskniłem. - całuje mnie w usta. - A tak po za tym, to jak się czujesz? - dotyka mój delikatnie widoczny brzuszek.
- Jest okay. - odpowiadam i uśmiecham się do niego.
- To dobrze. - cmoka brzuszek i odsuwa się ode mnie. - Muszę wracać do pracy. - dodaje i rusza do drzwi. - Spotkamy się podczas przerwy na lunch. Mam niespodziankę. - rzuca i wychodzi.
Okręcam się na krześle i wracam do pracy. Zaczynam od zamówień oznaczonych jako pilne. Jedno z nich należy do Pickera. Ciekawe co tym razem... Otwieram je i czytam treść.
"Drogi Panie Palumbo,
zgodnie z telefonicznymi ustaleniami przesyłam zamówienie na 50 zaproszeń urodzinowych i dziękuję za życzenia.
Z serdecznymi pozdrowieniami,
Robbie i Pyrena Picker.
P.S. Mała ma się dobrze, a teraz oczekujemy dla niej braciszka. Koniecznie musicie nas odwiedzić i poznać te małą kruszynę.
P.S.2. Proszę przekazać Taylor najszersze gratulacje z powodu zaręczyn i dziecka i poprosić, żeby wybrała mnie na świadka lub chrzestnego. Chyba nie jest już na mnie zła za to wszystko?"
Uśmiecham się sama do siebie i postanawiam po ponad dwóch latach zadzwonić do chłopaka. Najwyższa pora wszystko sobie wyjaśnić.

---
Początek trzeciej części nieco zaskakujący... Wielki powrót Pickera? Czyżby coś miał namieszać? O tym już w kolejnych rozdziałach.
XOXO
Wiki R5er

2017-08-28

| 2 | Epilog

Miesiąc po wydarzeniach w apartamencie w moim biurze zjawia się Robbie Dean z pudełkiem pączków. Czemu zawsze, gdy chce mnie do siebie przekonać, przynosi pączki?
- Taylor, muszę Ci coś wyjaśnić. - zaczyna i podchodzi bliżej.
- Nie masz czego. Odejdź. - odpowiadam oschle i odwracam wzrok.
- Okay. Chciałem tylko przeprosić za wszystko co zniszczyłem w twoim życiu. - mówi zrezygnowany, stawia na biurku karton i rusza do wyjścia. - A, i jeszcze jedno. Twój ojciec wspomniał coś o dziecku. Jeśli będziecie czegoś ode mnie potrzebować, to masz mój numer. - dodaje i wychodzi, by po chwili cofnąć się. - I nie mów mu, że ojciec był taki okropny. Lepiej powiedz mu, że umarł nim on się zdążył urodzić. - oznajmia i znika za drzwiami.
Siedzę chwilę w ciszy, myśląc nad tym co powiedział. To nie może się tak skończyć.
Wstaję i jak najszybciej udaję się windą na parter. Łapię Robbiego, akurat, gdy zbiega po ostatnich stopniach.
- Zaczekaj. - chwytam go za dłoń i zmuszam do poświęcenia mi chociaż odrobiny czasu.
- Nie mam po co. Do końca życia będę żałował, że tak skopałem sprawę. Nie mam ani Ciebie, ani pieniędzy. Powiedziałem, że nic nie wskazuje na Ciebie, po to, aby Cię kryć, bo serio Cię kocham! - wykrzykuje.
Nie wiem co mu na to odpowiedzieć, więc po prostu zaczynam go całować. Zarzucam mu ręce na szyję, podczas, gdy on obejmuje mnie w pasie i nie przerywam pocałunków, dopóki nie odczuwamy braku powietrza. Odsuwamy się od siebie na kilka centymetrów i spoglądamy prosto w oczy. Teraz już zawsze pozostanie dla mnie Robbiem Deanem, a ja dla niego małą błyskawicą.
- Kocham Cię. - szeptamy w tej samej chwili.
- Chcę zacząć z Tobą od nowa… - mówię i wskazuję, że mam na palcu pierścionek zaręczynowy od niego. Robbie tylko się uśmiecha i mocniej mnie przytula.
Teraz mogę być pewna, że jesteśmy sobie pisani, skoro udało nam się wygrać z przeciwnościami losu. Zaczynamy nowe życie, ale razem, we troje.

---
W ten oto sposób po fascynujących 30 dniach kończy się "Lil Lightning 2".
Początkowo ta historia miała skończyć się po 15 rozdziałach i epilogu, następnie w tym momencie, a ostatecznie... Dostała trzeci sezon! Kolejne 12 dni będzie pełne akcji, a pojawią się... No właśnie. Przekonajcie się sami.Start już jutro o 8:00.
XOXO
Wiki R5er

2017-08-27

| 2 | 11.

Otwieram oczy i rozglądam się zdezorientowana. Nie jest to mój apartament, tylko szpital. Spoglądam w bok i zauważam zmartwionych rodziców. Zapewne któreś z nich mnie uratowało.
- Co się stało? - pytam, choć dobrze wiem co się stało.
- Ojciec znalazł Cię nieprzytomną. Odwołał naszą obecność na konferencji, aby tu być z Tobą. - wyjaśnia.
- Nie musiał. - odpieram i odwracam wzrok.
- Musiałem, musiałem… Czemu chciałaś się zabić mała błyskawico? - pyta tata, przysiadając na brzegu łóżka. - Dostajesz od nas za mało miłości, uwagi? Powiedz. - chwyta moją dłoń i czule gładzi.
- Nie chodzi o Was. - odpowiadam ze smutkiem.
- Więc o Robbiego? - wtrąca mama, a ja tylko przytakuję.
- Ale co się stało? - dopytuje ojciec. - Przecież wczoraj było między wami tak idealnie…
- Właśnie było. Udawał. - wyjaśniam i opowiadam im całą historię. - Jeśli chcecie to możecie poczytać. Wszystko jest w tym czarnym zeszycie, który leżał tuż przy mnie w apartamencie. - kończę swoją wypowiedź.
- Rozmówię się z nimi. Nikt nie będzie tak traktował mojej córeczki. - tata Ralph zrywa się z miejsca i wychodzi.
- Tylko nie rób nic głupiego, dobrze? - prosi mama Meredith, a on tylko burczy pod nosem "Okay".

Z powodu tego co się stało, lekarz prowadzący postanowił zatrzymać mnie na trzydniowej obserwacji. Ugh, jak ja nie lubię tego słowa. Po prostu zbytnio kojarzy mi się z Robbiem.
- Córuś, pani psychiatra do Ciebie. - oznajmia mama kolejnego poranka, gdy siedzę w swoim łóżku po śniadaniu i tępo wpatruję się w ścianę.
- Jak wejdzie. - odburkuję i poprawiam się, by było mi wygodniej.
Psychiatra najpierw zagląda mi w oczy, ogląda ręce i robi kilka notatek, aby po chwili zacząć "wywiad". W swoim jakże do tej pory krótkim życiu, miałam już kilka takich "wywiadów" i znam kolejność pytań na pamięć. "Co się stało? Czemu? Jakie widzisz rozwiązanie? " itp. Odpowiadam na nie, tak jak myślę. Po co kłamać i pogrążać się jeszcze bardziej. Przecież to ma mi pomóc, a nie dodatkowo dobić.

Gdy wieczorem jem kolację, w mojej sali zjawia się Nate i Justin.
- Słyszeliśmy co się stało, Taylor!- oznajmia Sais i mocno mnie ściska, zupełnie zapominając, że jesteśmy skłóceni.
- Chciałaś odejść w kłótni? - pyta Muncy i przytula mnie z drugiej strony.
Nadmiar miłości: właśnie stwierdzono.
- Nooo… Nie. Po prostu wszystko już mnie przerosło. - odpieram i wskazuję im na krzesła. - Dobrze, że możemy sobie wszystko wyjaśnić. - stwierdzam.
Każdy kolejno mówi co mu leży na sercu, a potem razem podejmujemy decyzję o zgodzie między nami. Gdy rozmowa schodzi na inne tematy i chłopaki rozgadują się o swoim życiu, wspominam im o tym jak będzie wyglądać moje. Praca od poniedziałku do soboty przez 6h dziennie, wieczorami terapie z psychiatrą i dwa razy dziennie przyjmowane leki.
- Wszystko powinno być okay już tak za miesiąc. - dodaję na koniec.
- To dobrze Tay, bo chcemy spędzić z Tobą trochę czasu. O dawnych kumplach się pamięta, co nie? - Nate uśmiecha się do mnie tak szczerze jak jeszcze nigdy.
- Dokładnie. - zgadzam się z nim.
Resztę czasu, dopóki pielęgniarka ich nie wyprasza, spędzamy na wspominaniu wspólnych chwil. Brakowało mi ich, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do teraz.

2017-08-26

| 2 | 10.

Siedzę na łóżku i czytam notatki Robbiego na zaznaczonej stronie.
"Zgodnie z umową, rozpocząłem pracę w firmie fotograficzno-poligraficznej rodziny Palumbo. Pod fałszywym nazwiskiem: Robbie Dean, nikt nie domyśli się, że jestem prywatnym detektywem, wynajętym przez rodzinę Zachary’ego Adagio w sprawie jego nagłej śmierci.
A więc to stąd wiedział… Rodzina Zacha go wynajęła.
"Pierwszy dzień obserwacji:
Taylor zachowuje się całkiem normalnie, pomijając jej oschłe zachowanie względem innych pracowników. Gdy opowiadam jej o moim życiu, przeszkadza jej to, więc ucisza mnie pocałunkiem.
Wniosek: niewierna"
Ah tak? Podobało mu się, a teraz narzeka. Czytam uważnie każdy kolejny dzień i do każdego mogę powiedzieć swoją własną wersję i wyciągnąć własny wniosek.
"Dziesiąty dzień obserwacji:
W ręce Taylor przypadkiem wpada ten notes. Zapewne zna już prawdę o tym kim jestem oraz o tym, że się w niej szczerze zakochałem.
Wniosek: wścibska"
A więc o to mu chodziło… Próbował ukryć przede mną coś tak istotnego…
"Dwudziesty piąty dzień obserwacji:
Taylor przejawia agresywne zachowania na wspomnienie o Zacharym. Usiłowała wypchnąć mnie przez to samo okno co jego, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Przyznała się do przejawiania względem mnie uczuć wyższych tzn. miłości.
Wniosek: podejrzana"
Podejrzana, tak? Miałam tylko chwilę słabości i tyle.
"Dwudziesty szósty dzień obserwacji:
Piknik zgodnie z planem, do momentu, gdy Taylor odrzuca zaręczyny.
Wniosek: oszustka"
Nigdy nie kłamałam w sprawie uczuć. Szczerze go pokochałam. Po prostu nie byłam wtedy gotowa na coś stałego. To on jest oszustem tutaj, nie ja.
"Dzień trzydziesty obserwacji:
Podczas firmowego bankietu Taylor zgadza się zostać moją narzeczoną. Pod wpływem większej ilości alkoholu wyznaje prawdę.
Wniosek: winna"
Co? Wyznałam mu wszystko? Teraz zapewne wyjechał, aby przedstawić całą sprawę rodzinie Adagio i złożyć dowody na policję. Odwracam stronę.
"Nr sprawy: 315
Prowadzący: James Crebar, pseudonim "Robbie Dean"
Koniec śledztwa po: 30 dniach
Postanowienia: oddanie kopii dziennika śledczego, zgłoszenie sprawy odpowiednim służbom, udawanie narzeczonego do wyroku sądu
Podpisano
J. Crebar"
Po przeczytaniu zapisków Robbiego, odechciewa mi się wszystkiego. Zdejmuję pierścionek i rzucam nim przez siebie, aż uderza on w szybę i zarysowuje ją. Wyszukuję z walizki tabletki, które lekarz kazał mi przyjmować przy nawrotach ataków związanych z zabójstwem Zacha i wysypuję sobie na dłoń od razu kilka. Dopuszczalna dawka to 2 dziennie, więc zażycie 10 powinno rozwiązać wszystkie moje kłopoty.

2017-08-25

| 2 | 9.

Wieczorem w dniu naszego przyjazdu odbywa się bankiet powitalny. Ubieram na siebie czerwoną sukienkę do ziemi, do tego dobierając długie złote kolczyki w kształcie błyskawic i wykonuję mocniejszy makijaż niż zwykle. Robbie zmienia tylko koszulę na kremową i przeczesuje włosy ręką.
- Jesteś śliczna. - cmoka mnie w policzek i zaczyna rozczesywać moje długie ciemne włosy.
- A Ty przystojny. - odpieram z uśmiechem.
- Państwo Dean gotowi? - mama rzuca żartobliwie, zaglądając do apartamentu.
- Tak, pani Palumbo. - odpiera chłopak i odkłada szczotkę na toaletkę.
Podaje mi dłoń i razem wybieramy się do sali bankietowej. Wszędzie jest już pełno eleganckich par, gra klasyczna muzyka, a kelnerzy wirują pomiędzy stolikami z potrawami i alkoholem. Wtulam się w Robbiego i kieruję do stolika zarezerwowanego dla naszej czwórki i jeszcze dwóch "zaprzyjaźnionych" małżeństw.
Impreza przebiega w spokoju. Organizator, mój tata i jeszcze kilku panów wygłaszają kolejno przemowy, a potem nagle zmienia się nastrój. Kilka lamp zostaje zgaszonych, a nad wolnym miejscem zapalają się kolorowe reflektory. Robbie prosi mnie do tańca, więc wychodzimy na parkiet. Leci wolna ballada. Ta sama przy której moi rodzice tańczyli swój pierwszy taniec na weselu. Opieram głowę na ramieniu Deana i kołyszę się z nim do rytmu.
- Wiesz co Taylor… Kocham Cię. - szepta mi do ucha i delikatnie całuje.
- Ja Ciebie też kocham. - odpieram i przesuwam jego dłoń nieco niżej po moich plecach. - Zastanowiłam się też nad tym co wydarzyło się ostatnio. Przepraszam. - dodaję.
- Nie szkodzi. Pospieszyłem się. - odpowiada i wykonuje ze mną obrót. Gdy znów wpadam w jego ramiona, czule mnie całuje. - Będę czekał tyle ile będzie trzeba.
- Jesteś wspaniały, wiesz. Jeśli ponowiłbyś oświadczyny, zgodziłabym się nawet teraz… - wyznaję, a wtedy on zatrzymuje się.
Wyciąga z kieszeni w spodniach to samo pudełeczko co wtedy, klęka przede mną i otwiera je.
- Taylor, moja ukochana mała błyskawico, wyjdziesz za mnie? - pyta, chwytając moją dłoń w swoją.
- Robbie… Oczywiście, że tak. - zgadzam się, więc chłopak zakłada na mój palec pierścionek.
Gdy tylko wstaje, rzucam się mu na szyję i całuję. Dean wykonuje ze mną pełen obrót i dopiero stawia na parkiecie. Zgromadzeni ludzie zaczynają głośno klaskać i krzyczeć "gorzko", więc narzeczony przyciąga mnie mocno i wpija się w moje usta. Jestem szczęśliwa, że między nami znów jest dobrze, a nawet lepiej.

Do apartamentu wracamy dopiero nad ranem, gdzie dalej świętujemy zaręczyny, dopóki Robbie nie zasypia. Zerkam na zegar, jest dopiero po 8, więc wtulam się w niego mocniej i sama próbuję przysnąć. O 13 jest konferencja, więc mam jeszcze sporo czasu.
Gdy otwieram oczy jest już 11, a narzeczonego przy mnie nie ma.
- Pewnie poszedł coś zjeść… - tłumaczę sobie i zaczynam się szykować do wyjścia, gdy dostrzegam, że nie ma jego rzeczy. - Tylko nie panikuj Tay… Znajdzie się, spokojnie… - mówię sama do siebie, gdy moim oczom ukazuje się zeszyt. Ten sam, który leżał wtedy na biurku. Przysiadam na brzegu łóżka i otwieram go w zaznaczonym miejscu. Prawda, którą w nim czyta, totalnie mną wstrząsa.

2017-08-24

| 2 | 8.

Do soboty staram się unikać Robbiego Deana. Jak na to, że mnie kocha, to szybko znalazł sobie inną na zastępstwo.
- Taylor, gotowa? - pyta ojciec, a ja zamykam walizkę.
- Tak. - odpowiadam i wychodzę z pokoju.
- Pomogę Ci. - tata zabiera mój bagaż i kieruje się do auta.
Poprawiam sukienkę, którą kazała założyć mi mama i ruszam za nim. Konferencja odbędzie się w luksusowym hotelu, więc i strój musi być odpowiedni.
Po drodze zahaczamy o apartamentowiec, gdzie mieszka Robbie, aby go także zabrać. Chłopak czeka na nas ubrany w czarne rurki i czarną koszulę. Gdy wsiada, rzuca "Dzień dobry" do moich rodziców, a następnie nachyla się w moją stronę, aby mnie pocałować, ale odwracam głowę w stronę okna. Całą podróż nie spoglądam na niego, udając, że wcale go nie ma.

Na miejscu Dean pierwszy porywa się do zabrania mojego bagażu, więc nie protestuję.
- Wasz pokój to trzysta osiemnaście. - mama podaje mi klucz, a ja patrzę na nią zaskoczona.
- Jaki "wasz"? - pytam.
- No twój i Robbiego. Oj już nie musisz udawać, że nic was nie łączy… - odpowiada i rusza z ojcem pod rękę do windy.
Rzucam chłopakowi złośliwe spojrzenie i bez słowa kieruję się do drugiego dźwigu.
- Będziesz zgrywać nie wiadomo jak ważną księżniczkę i fochać się o oświadczyny do końca życia? - jest poirytowany.
 - Nie chodzi już o to. - odpieram oschle i wciskam guzik z numerem 30.
- To o co, Tay? - opiera się o jedną ze ścian.
- Nie chcę o tym mówić… Z resztą, domyśl się. W firmie nic się nie ukryje. - odburkuję i spoglądam na nasze odbicie w lustrze.
- Przestań. Nic mnie z tamtą dziewczyną nie łączy. Miałem tylko pomóc jej z telefonem. To ona zaczęła. - wyjaśnia i podchodzi do mnie. -  Nie ryzykowałbym, bo z małą błyskawicą nigdy nic nie wiadomo. - szepta mi do ucha.
Czuję jego oddech na mojej szyi i otaczający mnie zapach jego perfum i nie umiem już się na niego gniewać. Może i mówi prawdę.
Odwracam się nagle do niego i zaczynam namiętnie całować. Robbie obejmuje mnie mocno w pasie i pomiędzy kolejnymi pocałunkami, powtarza mi jak to bardzo mnie kocha, gdy nagle winda zatrzymuje się na 30 piętrze. Odsuwamy się od siebie i wysiadamy jakby nic przed chwilą się nie stało. Apartament 318 to mój apartament od kiedy tylko zaczęłam pracować w firmie, a ojciec załatwiał nam urlop właśnie tu. Rzucam się na łóżko i wpatruję w koronkowy baldachim, gdy Dean zostawia w rogu walizki i kładzie się obok mnie. Przytula mnie mocno do swojego serca i cmoka w czoło.
- Myślisz, że tym razem się nam uda? - pyta, a w jego głosie słyszę nadzieję.
- Nie wiem. - odpieram i delikatnie muskam jego wargi. - Ale wiem jedno… Warto spróbować.

2017-08-23

| 2 | 7.

Zerkam raz na Robbiego, raz na pierścionek i nie wiem co odpowiedzieć.
- Posłuchaj, nie miej mi tego za złe, ale niestety muszę powiedzieć "nie". Nie jestem jeszcze gotowa. - odpowiadam po dłuższej chwili.
- No tak... Tylko się wygłupiłem. - chowa pierścionek i wstaje. - Odwiozę Cię, co? - proponuję otrzepując spodnie.
- Nie bądź zły, Robbie... - odpieram i spoglądam na niego. - Kocham Cię, chcę z Tobą być, ale nie śpieszmy się, okay?
- Nie okay Taylor! - podnosi głos i wylewa wino ze swojego kieliszka na piach.
- Zupełnie Cię nie rozumiem... Może lepiej będzie jak się rozstaniemy? - proponuję i również się podnoszę.
- Zastanów się najpierw czego chcesz od życia, a potem zadzwoń, okay? Mam jeszcze wiele ważnych spraw do załatwienia, które czekają, bo Ty jesteś dla mnie najważniejsza. Ale skoro tak... Zobaczymy czy coś kiedyś z tego wyjdzie. - odzywa się oschle i zaczyna wszystko składać.
- Widzę jak najważniejsza... - burczę pod nosem. - Szkoda, że nie wyleciałeś przez okno jak Zachary! - krzyczę i oblewam go winem z mojego kieliszka.
- Idiotka! - mruczy wściekły, ścierając alkohol spływający mu po twarzy.
- Dupek! - odpowiadam mu, zabieram swoją torebkę i ruszam plażą do wyjścia.
Za dużo się dzieje, za dużo. Kocham go, ale nie umiem z nim być. Może rzeczywiście nie jest dla mnie... Może moim przeznaczeniem jest samotność do końca życia...
Wracając na piechotę pod firmę po swoje auto, staram się nie myśleć o tym co się wydarzyło jednak ciągle mam przed oczami Robbiego Deana z pierścionkiem, patrzącego na mnie z miłością i pragnącego mnie jako swojej narzeczonej. To boli, bardzo boli obie strony, jednak nie mogłam inaczej. Minie kilka dni i przejdzie mu. Nasze osobowości są zbyt wybuchowe i to dlatego. Ale wierzę, że kiedyś się dogadamy i wszystko się ułoży jak powinno.

Następnego dnia w pracy Robbie ani razu mnie nie odwiedza, więc postanawiam podczas przerwy na lunch iść do niego. Odgrzewam w mikrofali tortille, zabieram z lodówki colę i jadę windą na 10 piętro. Wchodzę bez pytania i zauważam coś czego nie powinnam. Dean obściskuje się na biurku z sekretarką mojego ojca. Zaciskam oczy, aby się nie rozpłakać i szybkim krokiem kieruje do windy, gdzie wpadam na mamę.
- Coś się stało, córuś? - pyta z troską, biorąc ode mnie talerz.
- Nic takiego. - kłamię i uśmiecham się sztucznie.
- Skoro tak… - odpuszcza sobie i rusza w kierunku mojego biura. - Chciałam właśnie iść do Ciebie. Przyszło zaproszenie na konferencję dla firmy. Ojciec i ja oczywiście jedziemy, ale Ty także musisz. W końcu przejmiesz po nas interes. - oznajmia i stawia mi posiłek na biurku.
- Co? Nie chcę. - odpieram i rozsiadam się w fotelu.
- Robbie też pojedzie, jeśli o to Ci chodzi. Na kilka dni stażysta z firmy fotograficzno-poligraficznej stanie się gościem od noszenia bagaży. - dodaje.
Świetnie, jeszcze jego tam brakuje. Po tym co dziś zrobił nie chcę go znać.
- Musi? Przecież i tak będzie pełna obsługa wynajęta przez organizatora… - próbuję namówić mamę do rezygnacji z tego pomysłu.
- Tak. Ralph już mu powiedział. - odpowiada i kieruje się do wyjścia. - A, i jeszcze jedno. Wyjazd jest w tę sobotę. - rzuca i zostawia mnie samą.
Po prostu cudownie. Mam jechać na jakąś nudną konferencję, znosić tego cholernego Robbiego Deana i jeszcze użerać się z tymi wszystkimi ludźmi. Przez wydarzenia związane z Pickerem i Adagio mój status społeczny się zmienił i pojawiło się wiele plotek na mój temat. Ledwo ukończyłam szkołę, a już mam pod górkę w życiu. Ale mogłam się tego spodziewać, że konsekwencje moich czynów będą takie a nie inne.

2017-08-22

| 2 | 6.

- Cześć kochanie. - Robbie Dean zagląda do mnie po 10.
- Hej. - odpowiadam, nie przerywając pracy.
- Coś nie w humorze dzisiaj jesteś… - stwierdza, stając za mną. - Co się stało? - pyta, rozmasowując mi kark.
- Gorszy poranek. - odpieram i podnoszę na niego wzrok.
- To moja wina, tak? Byłem aż taki okropny w nocy? - przestaje i siada na kanapie ze smutną miną.
- Nie chodzi o Ciebie. Po prostu ktoś skasował zamówienie od Saisa i mi się dostało. - wyjaśniam i wstaję, aby przytulić chłopaka.
- Ooo… To nieciekawie… A domyślasz się kto to mógł być? - sadza mnie do siebie na kolana i wypytuje.
- Tak. Ty. - odpowiadam ze śmiechem.
- Co? - oburza się. - Nie miałem takiego zlecenia…
- Ale podobno ja dostałam, a Ty przez przypadek musiałeś skasować. Przypomnij sobie co wczoraj robiliśmy w biurze… - patrzę mu prosto w oczy.
- No tak. I wszystko jasne… - wzdycha. - Ale chyba się nikomu nie wygadałaś, co nie?
- No co Ty. Jako córeczka szefa nie wylecę z pracy, a tak oboje byśmy mieli nieprzyjemności. - uspokajam go i cmokam w policzek. - A Ty dziś bez dostawy z cukierni? - zmieniam temat.
- Nooo… - przeciąga. - Bo mam inne plany. Zabieram Cię gdzieś po pracy. - odpowiada tajemniczo. - Wpadłem tylko Cię uprzedzić i wracam do biura. Ralph celowo za niezapowiedziane wolne dołożył mi pracy. - dodaje, całuje mnie w usta i wstaje.
- Taa… Tobie? Więcej pracy? - prycham rozbawiona. Stażysta i dodatkowe obowiązki? Nigdy tak u nas nie było.
- A czemu nie? Przynajmniej o mnie pamięta, a nie jak o Zachu. - rzuca i wychodzi.
Samo wspomnienie o Zacharym mnie boli. Niby już zapomniałam, jednak za każdym razem, gdy o nim słyszę czuję to samo. Nie wiem czy to ból, po tym jak mnie skrzywdził, bo w końcu spiskował z Lovelis i rozwalił mi związek, chociaż szczerze go polubiłam i sądziłam, że z wzajemnością czy raczej wyrzuty sumienia za to jak skróciłam jego życie… Zupełnie nie wiem. Po prostu przenika mnie to tak bardzo, że nie mogę się od razu otrząsnąć. Albo paraliżuje mnie to albo doprowadza do szału. Owszem, lekarz mówił, że może się to zdarzać, jednak nie sądziłam, że mi też. W końcu jestem silna, jak to wiele osób mi powtarzało. Jestem silna jak mała błyskawica.

Po pracy spotykam się z Robbiem przed budynkiem.
- Gotowa? - pyta, czule mnie obejmując.
- Tak. - przytakuję, więc ruszamy. - Powiesz co to za inne plany?
- To niespodzianka. Zobaczysz na miejscu. - zbywa mnie i prowadzi do swojego samochodu.
Jedziemy dość długo, nie rozmawiając ze sobą, a jedynym dźwiękiem jest włączone radio. W końcu chłopak parkuje i wysiada, żeby następnie pomóc mi.
- Prawie jesteśmy. - mówi wyciągając coś z bagażnika.
- Prawie? - spoglądam na niego zaskoczona.
- No, prawie. Ale obiecuję, że Ci się spodoba. - podaje mi rękę, zamyka auto i kieruje się w stronę drewnianych schodków.
Gdy schodzimy kilka stopni, zaczynam przypominać sobie to miejsce. Plaża w Long Beach należąca jeszcze do LA. Dean zatrzymuje się dopiero w cieniu drzew i wyciąga ze swojego plecaczka kocyk.
- Romantyczny piknik tylko dla mojej małej błyskawicy. - rzuca.
- Mój wariat. - cmokam go w policzek i pomagam.
Chwilę później wszystko jest gotowe. Widok na ocean, piaszczysta plaża, mięciutki kocyk, sałatka owocowa, czekoladowe ciasteczka i czerwone wino. Robbie nie byłby sobą, gdyby nie załatwił też talerzyków, sztućców i kieliszków.
- Masz zamiar pić? - pytam się go. W końcu to on jest dziś kierowcą.
- A czemu nie? Przecież nic się nie stanie po jednej lampce. A z resztą nie będziemy wracać zbyt szybko. - odpiera nieco lekceważąco i napełnia dwa kieliszki.
- Okay. - wzdycham i odbieram alkohol od niego.
- Taylor, zanim wzniesiemy toast, mam jedno pytanie. - zaczyna. Proszę, niech tylko nie będą to oświadczyny, bo chyba mu łeb ukręcę. - Może to wydawać się za szybko, może też nie, ale czuję, że muszę. - wyciąga z kieszeni plecaka małe pudełeczko. Czyli jednak. - Znamy się krótko, jednak wiem, że jesteś tą jedyną. Zmieniłaś moje życie w wielką burzę uczuć, ale kocham Cię, mała błyskawico i będę najszczęśliwszy jeśli powiesz mi "tak". - otwiera je i wyciąga srebrny pierścionek z dużym błyszczącym diamentowym "oczkiem". - Taylor Palumbo, moja najukochańsza mała błyskawico, zostaniesz moją narzeczoną? - podnosi na mnie wzrok.
Nie jestem gotowa powiedzieć "tak", ale powiedzenie "nie" zrani go, czego nie chcę. To cholernie trudna decyzja.

2017-08-21

| 2 | 5.

- Lepiej? - pyta Robbie, nieco się ode mnie odsuwając, jednak jego dłonie dalej trzymają mnie w talii.
- Trochę. - odpieram i wyswobadzam się z jego uścisku.
Obchodzę swoje biuro całe dookoła, a następnie przysiadam na brzegu biurka. Patrzymy na siebie w ciszy. Ciszy niepokoju, co dalej z nami? Ciszy zapomnienia? Nie wiem.
- Tay... - przerywa w końcu ciszę. - Przepraszam. - szepta, zbliżając się do mnie.
- Nie masz za co. Ja powinnam przeprosić. - uśmiecham się do niego delikatnie i zarzucam mu ręce na szyję.
- Zapomnijmy o tym, okay? - prosi.
- Ale o czym? O kłótni? Czy o pocałunku też? - dopytuję. Nie chcę go stracić. Nie teraz.
- Tylko o kłótni. - nachyla się do mnie i ponownie całuje.
Spycham ręką całą stertę dokumentów z biurka i siadam wygodniej. Robbie schodzi z pocałunkami po mojej szyi aż do dekoltu, a ja bawię się jego grzywką.
- Kocham Cię Robbie. - wyznaję.
Podnosi na mnie wzrok szczęśliwy. Jego spojrzenie jest pełne miłości, a oczy mają niesamowity błysk. Od kiedy tylko go spotkałam, oczarowały mnie.
- Kocham Cię mała błyskawico. - szepta mi do ucha i delikatnie je przygryza.
Jest zupełnie inny niż Picker czy Zach. Jego dotyk jest delikatny, w każdy pocałunek wkłada całe serce... Po prostu szczerze mnie kocha.
Ściągam z niego koszulkę i przyglądam idealnemu ciału. Pewnie sporo ćwiczy.
- Zaczekaj chwilę. - puszcza mnie i podchodzi do drzwi, aby je zakluczyć.
Wraca do mnie i kontynuuje to co zaczęliśmy. Kolejne ubrania opadają na podłogę. Dean obcałowywuje każdy milimetr mojego ciała, a ja muskam palcami jego tatuaże na ręce i łopatce. W pewnym momencie niefortunnie dłoń Robbiego opada na klawiaturę mojego firmowego komputera, co wcale nam nie przeszkadza. Przecież nic takiego nie mogło się stać. Ignoruję to i oddaję się chłopakowi cała.

Kolejnego dnia zjawiam się chwilę później niż powinnam. Cały poprzedni wieczór i noc spędziłam z Robbiem w jego apartamencie. Za pensję stażysty stać go na niesamowite luksusy.
W biurze czeka na mnie już tata. Nie wygląda na szczęśliwego.
- Hej. - rzucam ostrożnie i odkładam torebkę na bok. - Przepraszam, za spóźnienie. Zaspałam, ale więcej to się nie powtórzy. Obiecuję. - kładę rękę na sercu.
- Nie chodzi o to Tay. Zamówienie od pana Saisa powinno być wczoraj zrealizowane, jednakże ktoś je skasował. - oznajmia w taki sposób, aby wymusić na mnie powiedzenie prawdy.
- Nic o tym nie wiem. - odpieram i siadam w fotelu.
- Rozumiem, że jesteś na niego zła, ale to już przesada. Zachowuj się dorośle, Tay. - jest poirytowany.
- Naprawdę nic nie zrobiłam. Nawet nie wiedziałam, że składał u nas zamówienie. - wyjaśniam.
- Oj Tay, Tay... - tata kręci głową.
W tym momencie przypomina mi się jak Robbie przypadkiem uderzył w klawiaturę. Nie mogę przecież powiedzieć co się wczoraj wydarzyło, więc milknę i segreguję dokumenty, które wczoraj pozbierałam na szybko. Ojciec stoi jeszcze przez chwilę, a potem wychodzi. Być może zrozumiał, że i tak nic nie powiem. Z resztą, cokolwiek nie powiedziałam, zwykle kończyło się awanturą. Gdyby to była mama może bym się przełamała, ale nie przy nim. Nigdy nie mogłam mu ufać. W sumie czy komukolwiek mogę? Zdarzały się przypadki, że rozpowiadano moje prywatne sprawy, że nie mogłam żyć spokojnie. To przez to wszystko stałam się zamknięta w sobie. Życie dało mi niezłą lekcję, muszę przyznać.

2017-08-20

| 2 | 4.

Mijają kolejne dni, a ja dalej nie umiem pogodzić się z obecną sytuacją. Oprócz kłótni z Natem, była też z Justinem, a Robbie dalej nie pojawia się w pracy. To wszystko mnie dobija. Dodatkowe obowiązki, po 12h w pracy i nikogo do rozmowy. Nigdy nie sądziłam, że zostanę zupełnie sama. Nawet rodzice nie poświęcają mi czasu, bo firma jest najważniejsza. Jakby pieniądze były ważniejsze od rodziny… Przecież to wszystko niszczy. Niszczy człowieka od środka. Czuje się wtedy tylko pozornie szczęśliwy, a nie o to chodzi. Totalnie nie o to.

Kręcę się na krześle przy biurku, czekając aż wydrukuje się zamówienie na ponad 100 dziesięciostronowych kart dań dla firmy cateringowej, gdy nagle w wejściu staje Robbie Dean z pudełkiem pączków.
- Można? - pyta nieśmiało.
- Pewnie. Chodź. Długo Cię nie było… - uśmiecham się do niego i siadam normalnie.
- Musiałem uporządkować swoje życie. - odpowiada i ostrożnie podchodzi do mnie. - Za dużo się wydarzyło… Zakochałem się w nieodpowiedniej dziewczynie. - dodaje.
- Powiesz w kim, czy znów się obrazisz za wtrącanie w prywatne sprawy? - patrzę na niego.
- Nie powinienem Tay. - odpiera i przygląda mi się uważnie. - Próbuję zapomnieć… Zabiła człowieka, była na odwyku i udaje, że jest wszystko okay. P******na księżniczka. - wzdycha i odwraca wzrok.
Domyślam się, że to chodzi o mnie. Wstaję i zatrzymuję się tuż przy nim.
- Mówisz o mnie, tak? - chwytam go za podbródek i zmuszam do patrzenia prosto w oczy. - O mnie, tak? - powtarzam.
- Tak, o Tobie! - wykrzykuje, po chwili milczenia. - Zabiłaś Zachary’ego, na którego miejsce zatrudniono mnie. Co, mam być kolejny, tak? Najpierw nieco bliższa relacja, a potem "bum" i "ojej, wypadł"? - zrywa się z miejsca i gestykuluje.
- To było jednorazowe. Chyba nie myślisz, że byłabym zdolna zrobić to ponownie… - tłumaczę mu.
- Nie jestem taki pewien. Twoja matka opowiedziała mi wszystko ze szczegółami. Nie powinienem Ci ufać. - odsuwa się w stronę okien.
- No tak… Moja matka… Jak zwykle miesza w moim życiu… - wzdycham. - Ale jeśli serio mnie kochasz, to czemu nie ufasz? Przecież nie jestem taka zła… - przysiadam na rogu biurka i robię niewinną minę.
- Sam siebie nie rozumiem, a to wszystko twoja wina! Nigdy nie lubiłem burzy, ale z pojawieniem się Ciebie moje życie nią jest! Zniszczyłaś wszystko, mała błyskawico! - krzyczy, a łzy spływają po jego policzkach.
- Ja!? Ty rujnujesz mnie! - rzucam się na niego pięściami.
- Przestań już! - potrząsa mną.
- Zostaw mnie! Boli! - wyrywam mu się i popycham.
Dean zatrzymuje się przy szybie. W tym samym miejscu, w którym wypadł Zach. Wspomnienia uderzają we mnie z taką siłą, że już nie wiem co się ze mną dzieje. Uderzam chłopaka pięściami w klatkę piersiową, a on po prostu chwyta mnie w pasie i mocno do siebie przyciska.
- Powinieneś zginąć jak on! Jesteś równie irytujący! - wykrzykuję, szarpiąc się w jego ramionach.
- Uspokój się w końcu! - odwraca się i dociska mnie do ściany. - Wiem, że czujesz to samo co ja... Wiem, że mnie kochasz, mała błyskawico… - szepta i zaczyna mnie całować.
Ma rację, czuję to samo, ale za bardzo się tego boję. Skrzywdzona przez Pickera, nie miałam zamiaru zakochiwać się i wiązać z kimś ponownie.
Przestaję się opierać i odwzajemniam pocałunek. Być może Robbie Dean jest inny... Może serio kocha mnie tak szczerze… To złudna nadzieja, ale wolę żyć nią niż samotnością.

2017-08-19

| 2 | 3.

Wmówiłam ojcu chorobę i przez następne trzy dni nie pracowałam. Robbie nawet nie spróbował się skontaktować. Trudno, jeśli twierdzi, że tak jest lepiej, niech tak będzie.

Wchodzę do firmy i od razu słyszę plotki na swój temat.
- Zapewne teraz "tylko choruje", a za chwilę weźmie urlop na dziecko. - mówi jedna.
- Taa… A Robbie razem z nią. - dodaje druga.
- A on w ogóle jeszcze tu pracuje? - zastanawia kolejna.
Mijam je w ciszy, nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Miałam szkolić się, aby przejąć po rodzicach interes, ale to nie ma sensu. Nie pasuję tu, nikt nie traktuje mnie poważnie i każdy ma mnie za kogoś kim nie jestem.
- O, Taylor! Dobrze, że jesteś. - matka zatrzymuje mnie w drodze do biura.
- O co chodzi? - pytam, zniecierpliwiona.
- Jest ogrom pracy, a nie ma pracowników. Robbie w ogóle nie przychodzi, nawet nie zadzwonił, że go nie będzie, a reszta ma już za dużo na głowie. Przejmiesz jego część, dobrze? - odpowiada szybko i daje mi stos dokumentów, nie czekając na moją odpowiedź. - Kocham Cię. - cmoka mnie w polik i rusza dalej.
Rzucam wszystko na swoje biurko i zaczynam ogarniać, co jest na dziś pilnego. Kilka zleceń od klientów, odebranie paczki od kuriera oraz wysłanie zamówień do zaopatrzających nas firm. Układam wszystko w odpowiedniej kolejności i biorę się do pracy, gdy dzwoni Nate. Odbieram go i robię na głośnik.
- Co chcesz? Mam dziś napięty grafik. - rzucam zaraz, gdy słyszę jego "cześć".
- Oh, myślałem, że znajdziesz dla mnie chwilę. Potrzebuję pomocy, bo chcę się oświadczyć Lizie. - odpiera ze smutkiem.
- Kiedy chcesz to zrobić? - wypytuję, jednocześnie drukując zamówienia.
- Noo…. W sobotę. Będzie taka rodzinna kolacja. - odpowiada.
- Wiesz, to jeszcze trochę czasu. Zerwę się jutro wcześniej z pracy i Ci pomogę, okay? - proponuję i kilkam kolejne zlecenie.
- Dziękuję! To o której? Wpadnę po Ciebie pod firmę. - ekscytuje się jak dziecko. W sumie to mu się nie dziwię. W końcu jego życie się ułożyło.
- O trzeciej. Do zobaczenia. Muszę kończyć, bo zaraz mnie pogryzą za obijanie się. - rzucam szybko i rozłączam się.
Odkładam telefon na bok i pracuję dalej. To będzie cholernie ciężki dzień, zwłaszcza bez "dostawy" z cukierni.

Następnego dnia wybieram się z Saisem do galerii handlowej. Perkusista koniecznie uparł się na zakupy tu, bo "potrzebuje nowego garnituru, pierścionka dla Lizy i prezentów dla przyszłych teściów". Oczywiście wykreśliłabym garnitur i teściów, ale Nate uparł się i koniec. Spacerujemy między sklepami i oglądamy, ale od ponad dwóch godzin nic nie wpada nam w oko.
- To nie ma sensu, Nate. Kupuj pierścionek i jedziemy do domu. - oznajmiam w końcu, zmęczona już tym wszystkim.
- Ale… - zaczyna.
- Żadnego "ale". Jak chcesz to weź Justina i łaź dalej. Ja idę rano do pracy. - przerywam mu.
- Tay, nie bądź taka. - odpiera.
- Nie czepiaj się. Mam gorszy dzień. Stażysta olewa pracę, przez co mam więcej na głowie i muszę wyrabiać nadgodziny, za które mi nie zapłacą, bo przecież "córeczka szefa" to nawet powinna nic nie dostawać, a to, że ma normalną pensję to "przesada". - maluję w powietrzu niewidzialne cudzysłowy.
- Okay, ale nie wyżywaj się za to na mnie! - zatrzymuje się. - Za taką przyjaciółkę to ja z góry dziękuję! Wiem przynajmniej kto już na moim ślubie nie będzie! Ty, Taylor! - dodaje i odchodzi.
Siadam na jednej z ławeczek, chowam twarz w dłonie i rozpłakuję się. Kiedy sądziłam, że jest już w porządku, wszystko zaczyna się na nowo sypać. Sama już nie wiem, czy to ten świat jest taki beznadziejny czy ja…

2017-08-18

| 2 | 2.

Kolejne dni wyglądają podobnie. Pracuję, a Robbie Dean codziennie przychodzi i opowiada mi co akurat mu przyjdzie na myśl. Czasami zastanawiam się czemu nadal tu pracuje... Ah tak, jest na miejsce Zacha, o którym nikt nie pamiętał i nawet nie przejął się tym, że wypadł przez okno. Cała ta sprawa została zamaskowana, a ciało Adagio podrzucone niedaleko rodzinnego domu. Nikt się nie dowiedział, że to przeze mnie wypadł i nawet dobrze. Robbie także tego nie wie. W innym wypadku skończyłoby się przynoszenie w przerwie pączków, drożdżówek czy innych słodkości. Deanowi serio zależy na dobrej relacji z innymi pracownikami.

- Hej Tay! - wola od wejścia i stawia pudełko z cukierni.
- Hej Robbie. - odpieram i uśmiecham się do niego. - Co dzisiaj? - pytam, patrząc na karton.
- A popatrz... - otwiera, a moim oczom ukazują się mini tarty z owocami. - Lubisz?
- Pewnie, że lubię. - odpowiadam i biorę jedną. - Siadaj na chwilę. - dodaję i zaczynam jeść.
- Mogę się o coś spytać... - zaczyna niepewnie.
- Oczywiście. - chwytam delikatnie jego dłoń. - O co chodzi?
- Nie wiem jak to powiedzieć... Od kiedy tylko Cię poznałem... Kurdę, nie. Lepiej nie. - plącze się w słowach.
- Co lepiej nie? Robbie... - przysuwam się jeszcze trochę bliżej.
- No... Lepiej nie. - wstaje i podchodzi do drzwi.
- Robbie! - podnoszę na niego głos.
- Nie mogę Tay. To nieodpowiednie. - mówi stanowczo i wychodzi.
Chcę za nim zawołać, co uważa za nieodpowiednie, ale to i tak nie ma sensu. W tym biurze wszyscy są tacy "idealni", że czasami czuję, że zupełnie tu nie pasuje. Każdy przestrzega zasad, jest nienagannie punktualny i odpowiednio ubrany. Relacje nie wykraczają poza "proszę skseruj to" i "zaparzyłem Ci kawę". Tylko ja tu nie trzymam się tego. Chcesz kawę? To sobie zaparz. Koszula i spódnica albo sukienka do pracy? Po co? Lepsza zwykła koszulka i jeansy. Olewanie Robbiego, który ciągle gada? Nie... Czasami każdy musi się wygadać. Może to mu pomaga. Oczywiście cała firma fotograficzno-poligraficzna to banda egoistów i tyle.
Biorę kilka głębokich wdechów, zamykam pudełko z cukierni i wracam do pracy.

Gdy około 1PM jest czas na lunch, schodzę do kuchni, gdzie siedzi już kilka pracownic. Te stare baby pracują tu od samego początku i dlatego myślą, że mogą każdego obgadywać.
- A ta córka szefa to w ogóle po co tu jest? Młoda, głupiutka, ciągle tylko z tym stażystą siedzi… Myślisz, że coś ich łączy? - szepta jedna z nich.
- A ja tam wiem… Widziałam tylko jak przynosi jej różne rzeczy z cukierni. - odpowiada druga.
Są tak pochłonięte rozmową, że nawet mnie nie zauważają. Odgrzewając sobie pizzę, słucham o czym mówią.
- Skoro tak o nią dba, to muszą być razem. - stwierdza kolejna. - A po za tym, dziś chyba się nieco pokłócili… Krzyczała na niego… - przedstawia własną wersję.
Owszem, podniosłam na niego głos, ale nie ze złości. Chciałam tylko, aby zaczekał i dokończył co chciał powiedzieć. Nie krzyczałam na niego, nie kłóciliśmy się.
Wyciągam jedzenie z mikrofalówki na talerz, zabieram swoją butelkę soku pomarańczowego z lodówki i ruszam do windy. Z przyzwyczajenia wciskam 10 piętro i kieruję się do biura Robbiego, ale chłopaka tam nie ma. Stawiam posiłek na biurku i rozsiadam się w jego fotelu. Koło laptopa leżą jego firmowe papiery, długopisy i plakietka, ale mogą uwagę przykuwa czarny zeszyt z ołówkiem w środku. Zapewne pisze tam swoje prywatne rzeczy. Oglądam przedmiot z zewnątrz. Jestem ciekawa co skrywają strony wewnątrz, więc ostrożnie go otwieram w zaznaczonym miejscu.
- Więc już wiesz… - Robbie staje w drzwiach i patrzy na mnie.
- Ale co wiem? - pytam, odkładając pospiesznie zeszyt.
- Przecież czytałaś… - podchodzi nieco bliżej.
- Nie zdążyłam. - odpieram szybko i wstaję.
- Jasne… I teraz będziesz mnie unikać, co nie? - prycha i siada w fotelu. - Nie martw się Tay. Już się przyzwyczaiłem. - dodaje i odwraca się twarzą do okna. - Idź już lepiej.
- Idę, ale jak coś to będę cały czas u siebie. - oznajmiam i kręcę głową. - Głupek… - burczę pod nosem, zabieram swój posiłek i wychodzę.
Zupełnie nie wiem o co mu chodzi. Nie zdążyłam zobaczyć co tam jest, a on mi nie powie. Chyba przyda nam się kilka dni odpoczynku od siebie.

2017-08-17

| 2 | 1.

Po rozmowie z rodzicami, spod biura rodziców do mojego, odprowadza mnie Robbie Dean.
- Nie sądzisz, że jesteś cholernie irytujący? - pytam się go nagle, gdy zamiast wracać do swoich zajęć, siedzi i opowiada mi o swoim jakże "ciężkim" życiu.
- Nie? - odpowiada niezbyt pewny.
- Jesteś, uwierz. Poznałam się na ludziach. - odpieram i staram się skupić na pracy, ale on znów mi przerywa.
- A wspominałem już o tym, jak moja babcia miała ponad dwadzieścia kotów w domu. Dwadzieścia, rozumiesz? Były tak urocze… Aż w końcu dziadek wystawił ogłoszenie i został im tylko jeden, który teraz mieszka ze mną… - gada bez końca.
- Uroczo… - rzucam sarkastycznie. - Może opowiesz mi więcej, ale kiedy indziej, co? - proponuję.
- No może… - patrzy na mnie i ledwo powstrzymuje się od śmiechu. - Nie. - dodaje po chwili.
- A zamkniesz się za buziaka? - wymyślam na miejscu. Jeden nie zaszkodzi, przecież.
- Za trzy. W usta. - zgadza się.
- Okay. - wstaję z krzesła i podchodzę do niego. - Jeden… - muskam delikatnie jego wargi, podczas gdy on łapie mnie w tali i sadza sobie na kolana. - Drugi… - kolejny krótki całus. - I ostatni, trzeci… - delikatnie złączam nasze usta.
Gdy chcę się odsunąć, Robbie przyciska mnie do siebie i całuje coraz namiętniej. Cholera, mogłam się tego spodziewać.
- Taylor, co tu się dzieje? Robbie, miałeś chyba pracować, a nie mi córkę podrywać! - mama Meredith zagląda akurat do biura i rzuca ze śmiechem.
- Eh, tak tylko... Nic takiego. Spokojnie mamo. - odpieram i wstaję.
Poprawiam koszulkę i siadam do biurka.
- Tak, tak. Niech się pani nie martwi. - Dean również się podnosi. - Jak coś to tu masz numer. Moje biuro jest tam, gdzie kiedyś było Zachary'ego. - dodaje i wychodzi.
Podnoszę wzrok na mamę, która dalej się śmieje.
- Oj Taylor, Taylor... Oby tylko historia się nie powtórzyła... - wzdycha. - Pracuj, pracuj, a ja idę zrobić kawę. Też chcesz? - pyta się.
- Chętnie. Jeśli to nie problem. - odpieram i sprawdzam firmowego maila.
Jest kilka zamówień, więc od razu się za nie zabieram. W międzyczasie przychodzi SMS od Nate'a.
"Wpadnij do mnie dziś wieczorem. Urządzamy z Justinem imprezę. Mamy w końcu co świętować, czyż nie?"
Patrzę przez chwilę na treść i odpisuję mu:
"Sorry, ale nie mogę. Pracuję do późna, a jutro znów od rana. Może innym razem. Przeproś ode mnie Justina.".
Blokuję telefon i skupiam się na tym co mam, gdy znów przychodzi Robbie.
- Pomyślałem, że możesz być głodna. - uśmiecha się do mnie i stawia na biurku karton pączków.
- Wariat. - rzucam tylko i odkrywam się na chwilę od pracy. - Siadaj. - wskazuję na wolne miejsce na kanapie pod ścianą. - Przyda się chwila przerwy. Opowiadaj co tam chcesz.

2017-08-16

| 2 | Prolog

Dwa lata liceum mijają w mgnieniu oka. Przez ten czas nie pracowałam w firmie, ponieważ za bardzo wzbudzała we mnie wspomnienia. Wyrzucenie Zachary’ego przez okno jeszcze przez wiele nocy powracało do mnie w snach, a psychiatra nic nie mógł na to poradzić. Przeszłam długą drogę, ale mi się udało i jestem gotowa wrócić do pracy.
Pcham wielkie wejściowe drzwi i powoli kieruje się korytarzem do windy, na którą i tak zawsze długo się czeka. Gdy w końcu przyjeżdża, wysiada z niej młody chłopak nieco podobny do Pickera, ale zdecydowanie od niego młodszy. Prawdopodobnie to ten stażysta na miejsce Adagio.
- Hej. Ty pewnie jesteś Taylor. Dyrektor Ralph kazał mi po Ciebie zejść. - mówi z uśmiechem i zatrzymuje dźwig osobowy przed odjazdem. - Zapraszam. - wskazuje i wciska guzik z numerem 20, czyli tam gdzie jest biuro moich rodziców.
- Nie wiem po co on to robi. Jestem już dorosła. Skończyłam w zeszłym tygodniu liceum. - oznajmiam, przewracając oczami.
- Nie wiem po co. - odpiera, patrząc ciągle na mnie. - Tak w ogóle to jestem Robbie Dean. - wyciąga do mnie rękę.
- Taylor Palumbo, ale to zapewne już wiesz.  - ściskam jego dłoń. - Miałam kiedyś chłopaka o imieniu Robbie… - przypomina mi się Picker, który zachował się jak totalny dupek. Nigdy więcej go nie spotkałam, co może i lepiej.
- Serio? Widocznie coś ciągnie Cię to imię. - żartuje, ale mnie to nie śmieszy. - Właściwie to w papierach mam James, ale nie podoba mi się. Z resztą od dawna tak mnie nazywają. Po prostu, Robbie Dean. - dodaje z powagą.
Winda zatrzymuje się i wysiadamy.
- Dzięki, ale dalej trafię już sama. - posyłam mu delikatny uśmiech i ruszam korytarzem.
- Na pewno? Słyszałem, że masz lęk wysokości… I nie lubisz jedenastego piętra… - kroczy tuż obok.
- Za dużo słyszałeś. - mruczę pod nosem. - Może i mam, ale spokojnie, poradzę sobie. - zbywam go i zatrzymuje się przed biurem taty.
- Przykro mi, ale taki mój obowiązek, mała błyskawico. - wzrusza ramionami i otwiera mi drzwi.
Zdecydowanie za dużo mu powiedzieli. Małą błyskawicą nazywały mnie tylko cztery osoby: mama, tata, Robbie i Zach, z czego Ci dwaj usłyszeli to kiedyś przypadkiem. Robbie podczas obiadu z moją rodziną, Zach w pracy. Teraz zapewne już każdy o tym wie. W końcu przez dwa lata wiele się zmieniło. Oby tylko te zmiany były pozytywne.

---
I tak oto zaczyna się druga część...
Nate i Justin oczywiście jeszcze się pojawią, jednak główny wątek będzie dotyczył Taylor i Robbiego Deana.
Zapraszam na kolejne rozdziały codziennie o 8:00.
XOXO
Wiki R5er

2017-08-15

Epilog

Miesiąc po zakończeniu półrocznego odwyku, wracam do szkoły. Jak zwykle zostawiam niepotrzebne rzeczy w szafce i ruszam do odpowiedniej sali. Siadam w ławce, choć jest jeszcze ponad kwadrans do zajęć. Postanowiłam poprawić się i znów być wzorową uczennicą.
- Tay? - Nate jest zdziwiony, gdy mnie widzi.
No tak, mamy już drugi semestr drugiego roku, a ja dopiero pierwszy raz jestem na zajęciach. Podczas terapii miałam nauczanie indywidualne.
- Zaskoczony? - pytam i wstaję, aby go uściskać.
- Trochę... Ale dobrze Cię widzieć. - przytula mnie i zajmuje swoje miejsce.
- Ciebie też. Tęskniłam. - uśmiecham się do niego. - A jak tam twój związek? - zagaduję.
- Z Nią? Nie jestem już razem. Teraz w moim sercu jest tylko Liza... - rozmarza się.
- Hej Nate! - przybija chłopakowi piątkę. - O Tay! Cześć mała! - ściska mnie serdecznie i siada z mojej drugiej strony.
- Hej. - posyłam mu promienny uśmiech. - Opowiadaj co u Ciebie. - wspieram się na łokciach, słuchając zainteresowana.
- Rozstałem się z Mirandą. To nie było to... Po za tym mama wkręciła mnie do Saddleback Church. Chyba wiesz, że Lovesick Riot już nie będzie? - spogląda na mnie.
- Co? To przeze mnie? - zasmucam się nieco.
- Nie, to przez Robbiego. Wziął ślub z Reną, niedawno został ojcem... Nie ma już czasu. A z resztą, to nie miało szans się udać. Zbyt wiele nad dzieli... - wyjaśnia mi Nate.
- Ah... Szkoda... Ale okay, rozumiem. Sama widzę jak jest. - wzdycham i kończę temat.
Z jednej strony jest mi przykro, że nie ma już naszego zespołu, ale z drugiej cieszę się, że nie wszystko wraca do normy. Koniec imprez, alkoholu i złego towarzystwo. Wraca stara, grzeczna, dobrze się ucząca i kochana Tay. Oby tylko tak pozostało. Wiele się nauczyłam przez ostatnie miesiące i nie chcę tego zmarnować. Świat jest piękny i musimy tylko umieć to dostrzec.

---
I to już koniec pierwszej części tego FF...
Mam nadzieję, że "Lil Lightning" wniosło coś do waszego życia, a druga część przyniesie jeszcze więcej wrażeń.
Jeśli chodzi o Taylor... Miałam okazję poznać ją lepiej i jest inna niż ta w opowiadaniu, choć pewne podobieństwa do oryginału czy do mnie można zauważyć ;) 
Zapraszam na ciąg dalszy już jutro o 8:00, a tym czasem...
Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia z Władysławowa :)
XOXO
Wiki R5er

2017-08-14

15.

Siedzę roztrzęsiona przy moim biurku i nie wiem co zrobić. Powiedzieć komuś o tym, że Zach wypadł przez okno? Iść mu pomóc? Czy po prostu udawać, że nic nie wiem? To zbyt skomplikowane. Wyciągam kolejną butelkę piwa i biorę duży łyk, gdy nagle zjawia się mój tata.
- Tay? Co tu tak wieje? - pyta i rozgląda się.
- Wieje? Mi jakoś tak gorąco… - odpieram obojętnie i udaję, że sprawdzam firmowy e-mail.
Ojciec podchodzi bliżej zbitej szyby i wygląda. Spogląda w dół i zauważa leżącego Adagio.
- A to tylko Zach wypadł… - macha ręką i rusza do drzwi. - Zaraz… Co? Zach wypadł? Ten stażysta, o którym zwykle nikt nie pamięta? - kieruje pytające spojrzenie w moją stronę. - A, to nieistotne. Sprzątaczki się nim zajmą. - dodaje i wychodzi.
Dziwi mnie, że nie zapytał się co się stało, czy to moja wina itp. Przecież zawsze troszczył się o mnie, byłam jego malutką córeczką… Aż dziwne jak się teraz zachowuje. Być może jest w tym też moja wina, gdyż ciągle powtarzałam mu, że jestem dorosła i sama dam sobie radę.

Po pracy rodzice jak zwykle czekają na mnie w samochodzie. Jedziemy w ciszy aż do domu. Gdy chcę iść do swojego pokoju, ojciec zatrzymuje się.
- Musimy porozmawiać. - oznajmia. - Zapraszam do kuchni. - bierze mnie za rękę i sadza przy stole.
Razem z mamą siadają naprzeciwko mnie i patrzą.
- Opowiedz nam, co się stało. Zach sam nie wypadł. - zaczyna mama.
- Dajcie mi spokój. Nie wiem. - mruczę pod nosem i odwracam wzrok.
- Taylor, nie udawaj. To było w twoim biurze. Jeśli nie będziesz współpracować, sprawdzimy nagrania z kamer. - tata jest stanowczy.
- Nie wiem. - powtarzam i wstaję. Ruszam powoli do sypialni.
- Okay, przemyśl to sobie i jutro porozmawiamy. - mama mówi delikatnym głosem.
- Nie ma czego przemyśleć. Nie wiem. - odburkuję i trzaskam drzwiami od pokoju.
Kładę się na łóżku i wyjmuję z torebki ostatnią butelkę piwa. Pijąc ją, próbuję zapomnieć o tym wszystkim, chociaż to niełatwe.

Kolejnego ranka schodzę na śniadanie, gdzie czekają już rodzice.
- Razem z mamą podjęliśmy już decyzję. - zaczyna tata, gdy tylko mnie zauważa.
- Jaką decyzję? O co Wam chodzi? - pytam i zaparzam sobie kawę.
- Rozmawialiśmy z twoimi znajomymi oraz obejrzeliśmy nagrania z kamer. Musisz nam coś jeszcze wyjaśnić. - odpiera i bierze łyk herbaty.
- Co dokładnie? - siadam przy stole.
- Kłóciliście się z Zachem, dlatego go popchnęłaś i wypadł przez okno. O co poszło? - mama chwyta moją dłoń.
- Nie mogę powiedzieć. To nie wasza sprawa. - odpowiadam i zaczynam robić sobie bułkę.
- Okay. To możemy Ci odpuścić. Nikogo i tak Zach nie obchodzi. - ojciec kończy ten temat. - A teraz szczerze, słyszeliśmy, że bierzesz narkotyki?
- Co!? - podrywam się z miejsca.
- Siadaj! - ojciec szarpie mnie za rękę w dół.
- Boli! - wyrywam mu się.
- I dobrze! - uderza pięścią w stół.
- Ralph, opanuj się! - matka próbuje nas uspokoić.
- Odpuść Meredith! Nie będziesz mi mówić jak mam traktować córkę! - podnosi się i staje na wprost mnie. - Więc jak jest? - patrzy mi w oczy.
- To moja sprawa! - odburkuję.
- Nie kłam Taylor, nie kłam... - obniża ton głosu i wyciąga z kieszeni moich spodni woreczek z narkotykami.
- Tylko trochę. Przepraszam. - robię smutną minę i spuszczam wzrok.
- No dobra. Trochę. Ale za to masz problem z alkoholem, czyż nie? - dopytuje.
- Widzieliśmy ile wypiłaś i to w pracy, więc nie mów, że nie. - mama także wstaje.
Czuję, że nie ma innego wyjścia niż się przyznać. Odpuszczam obronę i wyznaję wszystko jak było od początku.