2017-08-19

| 2 | 3.

Wmówiłam ojcu chorobę i przez następne trzy dni nie pracowałam. Robbie nawet nie spróbował się skontaktować. Trudno, jeśli twierdzi, że tak jest lepiej, niech tak będzie.

Wchodzę do firmy i od razu słyszę plotki na swój temat.
- Zapewne teraz "tylko choruje", a za chwilę weźmie urlop na dziecko. - mówi jedna.
- Taa… A Robbie razem z nią. - dodaje druga.
- A on w ogóle jeszcze tu pracuje? - zastanawia kolejna.
Mijam je w ciszy, nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Miałam szkolić się, aby przejąć po rodzicach interes, ale to nie ma sensu. Nie pasuję tu, nikt nie traktuje mnie poważnie i każdy ma mnie za kogoś kim nie jestem.
- O, Taylor! Dobrze, że jesteś. - matka zatrzymuje mnie w drodze do biura.
- O co chodzi? - pytam, zniecierpliwiona.
- Jest ogrom pracy, a nie ma pracowników. Robbie w ogóle nie przychodzi, nawet nie zadzwonił, że go nie będzie, a reszta ma już za dużo na głowie. Przejmiesz jego część, dobrze? - odpowiada szybko i daje mi stos dokumentów, nie czekając na moją odpowiedź. - Kocham Cię. - cmoka mnie w polik i rusza dalej.
Rzucam wszystko na swoje biurko i zaczynam ogarniać, co jest na dziś pilnego. Kilka zleceń od klientów, odebranie paczki od kuriera oraz wysłanie zamówień do zaopatrzających nas firm. Układam wszystko w odpowiedniej kolejności i biorę się do pracy, gdy dzwoni Nate. Odbieram go i robię na głośnik.
- Co chcesz? Mam dziś napięty grafik. - rzucam zaraz, gdy słyszę jego "cześć".
- Oh, myślałem, że znajdziesz dla mnie chwilę. Potrzebuję pomocy, bo chcę się oświadczyć Lizie. - odpiera ze smutkiem.
- Kiedy chcesz to zrobić? - wypytuję, jednocześnie drukując zamówienia.
- Noo…. W sobotę. Będzie taka rodzinna kolacja. - odpowiada.
- Wiesz, to jeszcze trochę czasu. Zerwę się jutro wcześniej z pracy i Ci pomogę, okay? - proponuję i kilkam kolejne zlecenie.
- Dziękuję! To o której? Wpadnę po Ciebie pod firmę. - ekscytuje się jak dziecko. W sumie to mu się nie dziwię. W końcu jego życie się ułożyło.
- O trzeciej. Do zobaczenia. Muszę kończyć, bo zaraz mnie pogryzą za obijanie się. - rzucam szybko i rozłączam się.
Odkładam telefon na bok i pracuję dalej. To będzie cholernie ciężki dzień, zwłaszcza bez "dostawy" z cukierni.

Następnego dnia wybieram się z Saisem do galerii handlowej. Perkusista koniecznie uparł się na zakupy tu, bo "potrzebuje nowego garnituru, pierścionka dla Lizy i prezentów dla przyszłych teściów". Oczywiście wykreśliłabym garnitur i teściów, ale Nate uparł się i koniec. Spacerujemy między sklepami i oglądamy, ale od ponad dwóch godzin nic nie wpada nam w oko.
- To nie ma sensu, Nate. Kupuj pierścionek i jedziemy do domu. - oznajmiam w końcu, zmęczona już tym wszystkim.
- Ale… - zaczyna.
- Żadnego "ale". Jak chcesz to weź Justina i łaź dalej. Ja idę rano do pracy. - przerywam mu.
- Tay, nie bądź taka. - odpiera.
- Nie czepiaj się. Mam gorszy dzień. Stażysta olewa pracę, przez co mam więcej na głowie i muszę wyrabiać nadgodziny, za które mi nie zapłacą, bo przecież "córeczka szefa" to nawet powinna nic nie dostawać, a to, że ma normalną pensję to "przesada". - maluję w powietrzu niewidzialne cudzysłowy.
- Okay, ale nie wyżywaj się za to na mnie! - zatrzymuje się. - Za taką przyjaciółkę to ja z góry dziękuję! Wiem przynajmniej kto już na moim ślubie nie będzie! Ty, Taylor! - dodaje i odchodzi.
Siadam na jednej z ławeczek, chowam twarz w dłonie i rozpłakuję się. Kiedy sądziłam, że jest już w porządku, wszystko zaczyna się na nowo sypać. Sama już nie wiem, czy to ten świat jest taki beznadziejny czy ja…

1 komentarz:

  1. Ciekawe czemu Robbie Dean nie przyszedł. A Nate serio przewrażliwiony jest - Tym razem jestem po stronie Tay.
    Buziaki i do jutra.

    OdpowiedzUsuń