Wybieram numer do Pickera i czekam aż odbierze, jednak zamiast niego
słyszę głos Reny.
- Słucham, tu Pyrena, żona Robbiego. - odzywa się.
- O, cześć Rena. To ja, Taylor. Jest Robbie? Chciałbym z nim
porozmawiać. - odpieram.
- Wyszedł akurat do sklepu, powinien niedługo być. - odpowiada, a w
tle słyszę głos dziecka. - Przepraszam, ale mała Ana jest głodna. - dodaje.
- Nie ma sprawy. Zadzwonię później. - mówię serdecznym tonem. - A, i
jeszcze jedno. Zamówienie jest gotowe. Mogłabym dostarczyć je osobiście, jeśli
chcecie. Byłabym około czwartej. - oznajmiam.
- O, byłabym wdzięczna. Z malutką to ciężko gdzieś wyjść, a pocztą to
pewnie długo by szło... Więc czekamy na Ciebie. - zgadza się, po czym rzuca
krótkie "do zobaczenia" i rozłącza.
Odkładam telefon na biurko i wykonuję kolejne zamówienia, aż do
przerwy obiadowej, na którą jestem umówiona z Robbiem Deanem.
Siadam przy stoliku z sałatką warzywną, świeżym ciemnym pieczywem oraz
sokiem z czarnej porzeczki i czekam na narzeczonego.
- Już jestem moja mała błyskawico. - cmoka mnie w policzek i wyciąga z
lodówki przygotowany posiłek. Kurczak, frytki, surówka i obowiązkowo sok
jabłkowy. Wszystko zdrowe i bezglutenowe.
- Chciałeś mi coś powiedzieć, czyż nie? - zaczynam, kiedy siada.
- Tak. - uśmiecha się do mnie, chwytając moją dłoń. - Nie jestem już
stażystą.
- Ale… Jak to? - pytam. Nie może teraz opuścić firmy. - Potrzebujemy
kogoś takiego jak Ty, więc jak to?
- Wiesz… Długo rozmawialiśmy z Ralphem i stwierdził, że ze stażu to
może być mi ciężko utrzymać rodzinę i powinienem mieć pełen etat… - kontynuuje,
a ja dalej go nie rozumiem.
- Mów jaśniej. Nie powinieneś mnie teraz denerwować. - ponaglam go.
Okay, może zbyt często wykorzystuję przywileje z powodu ciąży, ale w takiej
sytuacji to konieczność.
- Nie denerwuję. Po prostu próbuję w elegantszych słowach przekazać Ci
iż nie jestem stażystą, bo awansowałem na zastępcę twojego ojca, Tay. - ogłasza
w końcu, aż kilka starszych pracownic odwraca się w naszą stronę.
- Ty? Przecież to miało być moje miejsce. - oburzam się.
Od kiedy tylko zaczęłam tu pracę, ojciec obiecał mi taki awans, abym
mogła przejąć po nim firmę od razu, a teraz zatrudnił na to miejsce Robbiego?
- Co? Nie wiedziałem. Sorry mała błyskawico. - smutnieje od razu. -
Jeśli chcesz to powiem mu, że rezygnuję i tyle. - dodaje i wstaje od stolika.
Znowu zrobiłam coś nie tak. Jak zawsze.
- Zaczekaj. - wołam za nim, ale on już znika ze swoim jedzeniem w
korytarzu.
Zamykam oczy, liczę do dziesięciu i wraz ze swoją sałatką ruszam za
nim. Gdy staję w progu jego biura, widzę, że siedzi w swoim fotelu zwrócony
twarzą do okna. Na podłodze stoi kilka
kartonów z jego rzeczami. Zapewne miał się przenieść do biura obok mojego taty.
- Jesteś na mnie zły? - kładę mu rękę na ramieniu.
- Myślałem, że się ucieszysz… Chciałaś, abym miał dobre relacje z
twoimi rodzicami, zarabiał dużo i był zawsze obok, a teraz co? Coś się
zmieniło? - podnosi na mnie wzrok, a w jego oczach dostrzegam łzy.
- Nie chodzi o to… Po prostu… W sumie to już nieważne. - macham dłonią
i siadam do niego na kolana. - Poczułam się nieco oszukana, ale skoro i tak
planujemy się pobrać w przyszłym roku, to fakt które z nas będzie zastępcą nie
ma znaczenia. - dodaję i przytulam się do niego.
- Nie ma znaczenia, ale będzie nas dzielić, zobaczysz. Może popełniłem
błąd wracając tu do pracy… - wdycha.
- Nie popełniłeś. Dobrze, że jesteś, kochanie. - cmokam go w policzek,
a kąciki jego ust lekko się unoszą. - Wiesz… Kiedyś to będzie nasza firma, więc
chyba nie powinniśmy się kłócić. - dorzucam.
- Masz rację. - zgadza się i czule mnie całuje.
Ralph nabroił, a Robbie'mu się dostało ;)
OdpowiedzUsuńI ta serdeczna rozmowa z Pyreną... Nie wierzę. Jeszcze w pierwszym sezonie się jechały od szmat ;)
Pozdrawiam i czekam co dalej.