2017-09-09

| 3 | Epilog

Odbudowanie relacji to niełatwa rzecz.
Robbie stara się każdego dnia, aby odbudować zaufanie, które do niego straciłam i całkiem dobrze mu idzie. Postanowiłam, że wspólne mieszkanie może nam w tym pomóc, więc jeszcze tamtego deszczowego dnia wróciłam do apartamentu. W sobotę pobraliśmy się i chyba nie będę tego żałować. Jak na razie bardzo o mnie dba i jeśli cokolwiek do mnie mówi zwraca się "moja mała błyskawico" lub po prostu "Tay", ale zawsze głosem pełnym miłości.
Naprawia także kontakty ze swoją rodziną, więc można uznać to już za mały sukces. Zmienia się i to na lepsze.
Moi rodzice dalej prowadzą firmę, on jest ich zastępcą. Mi odpowiada obecne stanowisko. A przynajmniej na ten moment.
A co do Pickera - jest szczęśliwy z Reną i ich córeczką, z czego bardzo się cieszę. Od początku wiedziałam, że są sobie przeznaczeni, ale wiele musiało się wydarzyć, aby i on to zrozumiał.
Nate i Liza podróżują po świecie, a Justin jak to Justin żyje jako wolny ptak i muzykuje po Kalifornii.
Rodzina Zachary’ego rzeczywiście dała mi spokój i sprawa tajemniczej śmierci młodego stażysty nikogo już nie interesuje. Mordercy nie ma, sprawa umorzona i tyle. Wiem, że to było okrutne, ale czasu już nie cofnę.
Czasami wydaje mi się też, że wszystko jest już gdzieś zapisane i toku wydarzeń, choćbyśmy chcieli, nie zmienimy. Co nie oznacza, że mamy odpuścić. Powinniśmy żyć jak najlepiej umiemy, wykorzystać każdy dzień w pełni i kochać dopóki mamy czas.

---
W ten oto sposób kończy się "Lil Lightning".
Początkowo miałam pewne wątpliwości co do tego FF, jednak z czasem naprawdę go pokochałam. Myślę, że zawiera ukryty przekaz, ale go odnaleźliście. Dla mnie akurat chodziło o prawdziwe uczucie i szczerość. A co do Waszego życia wniosła ta historia?
Kolejne FF to "When Will I Learn" znów z Reną i Robbiem w rolach głównych. Serdecznie zapraszam.
XOXO
Wiki R5er

2017-09-08

| 3 | 10.

Postanawiam ostatecznie rozmówić się z Robbiem, więc udaję się na dach. Chłopak stoi przy samej krawędzi, więc biorę głęboki oddech i podchodzę bliżej niego.
- Robbie… - zaczynam, a on odwraca się i spogląda na mnie. - Przyniosłam Ci coś twojego. - podaję mu karton. - Tym razem niestety pączki Ci nie pomogły. - dodaję oschle.
- Taylor, pozwól mi wszystko wyjaśnić. - zaczyna i odkłada karton na bok. - wiem, że zachowałem się jak dupek, ale chcę to naprawić. W końcu do trzech razy sztuka… - przesuwa dłonią po moim ramieniu, aż przechodzi mnie dreszcz. Pomimo iż mamy zimę, jest na zewnątrz ciepło, więc moja skóra tak reaguje na jego zimne dłonie.
- Nie będzie trzeciej próby. Mam już dość tych kłamstw, tego cierpienia… Odpuść sobie i spadaj. - odpycham go kawałek od siebie, a wtedy on traci równowagę i prawie spada z dachu. Zatrzymuje się przy samej krawędzi, gdzie wcześniej stał. - Nie krępuj się… Możesz dosłownie spadać jak chcesz. - dodaję ze śmiechem.
- Bardzo zabawne, Palumbo. - zwraca się do mnie po nazwisku po raz pierwszy.
- No… Bardzo. - zaczynam się z nim droczyć.
- Przestań Tay. Niedługo będziesz mamą, a zachowujesz się jak typowa nastolatka. - podnosi się nagle i chwilę potem trzyma mnie za ramiona.
- Puść. - wyrywam się mu i odsuwam na kilka metrów.
Zapewne ludzie z innych budynków czy przechodzący gdzieś obok mają z nas ubaw. Dwoje, wydaje się, że dorosłych ludzi, kłóci się na dachu. Po prostu fascynujące.
- Nie bądź uparta, mała błyskawico. - znów się do mnie przysuwa.
- Nie masz już prawa tak mnie nazywać. - odpieram ze złością.
Dean zna wszystkie moje słabe strony. Doskonale wie, że pudełko pączków, słodkie nazwanie mnie "małą błyskawicą" i jeden długi i namiętny pocałunek są w stanie zrobić ze mną wszystko. Jednak nadszedł dzień, aby przezwyciężyć te słabości i nigdy więcej nie ulec mu.
- Jeny, jaka Ty jesteś irytująca… Chyba będę musiał sobie odpuścić… - wzdycha.
Nic nie odpowiadam, tylko zerkam na niebo, które nagle zasnuwa się ciemnymi chmurami. Chwilę później niebo na pół rozdziera mała błyskawica, a na ziemię zaczynają spadać duże krople deszczu. Burza w Kalifornii, no proszę.
- Chciałeś błyskawicę to masz! - wskazuję mu na miejsce, gdzie jeszcze sekundę temu był piorun.
- Ale ja wolę tą. - wykorzystuje chwilę i podczas, gdy ja wypatruję, gdzie uderzy kolejny piorun, przyciąga mnie za biodra i zaczyna namiętnie całować.
Kładę dłonie na jego klatce piersiowej z zamiarem odtrącenia go, ale kilka metrów ode mnie w piorunochron uderza piorun, więc jeszcze mocniej wtulam się w Robbiego.
- Może jeśli chcesz dalej rozmawiać i mnie wkurzać to zabieraj pączki i chodź do mojego biura. Tu jest zbyt niebezpiecznie dla mnie i maluszka, bo o Ciebie to w ogóle się nie martwię. - wypowiadam szybko, gdy tylko odsuwa się na milimetry ode mnie.
- Okay. - zgadza się i puszcza mnie.
Czemu znów musiałam mu ulec…?

W budynku, chłopak odprowadza mnie do mojego biura, a następnie idzie do mojej mamy zapytać się czy ma jakieś ręczniki. Nieco zmokliśmy stojąc na tym dachu. Wraca po chwili, siada ze mną na kolanach i okrywa jednym dużym ręcznikiem. Jedynym jaki udało się znaleźć mojej mamie. Nie narzekam na niego bliskość, gdyż jest mi zimno i jestem mokra, a od niego bije niewyobrażalne ciepło.
- Przepraszam za wszystko, Taylor. Jeśli nie chcesz ze mną być, to okay. Ale zawsze możecie na mnie liczyć. - cmoka mnie w policzek.
- Dzięki. - delikatnie się do niego uśmiecham. - Zastanowię się co do nas, okay? Ale odwiedzać nas możesz… - dodaję i wtulam w niego głowę. Znów pachnie tymi samymi perfumami…
Pozwalam, aby trzymał mnie w ramionach, gładząc moje plecy, a jego oddech muskał moje policzki z czułością. Może jednak nie wszystko jest między nami stracone.

2017-09-07

| 3 | 9.

Po powrocie do Los Angeles zabieram z apartamentu swoje rzeczy i jadę do rodziców. Bardzo wolno, co chwila wycierając brzegiem dłoni napływające do oczu łzy. Gdy w końcu jestem na miejscu, rodzice są bardzo zdziwieni.
- O jeny, Taylor… - mama ściska mnie od wejścia. - Co się stało, kochanie?
- To już koniec. - rzucam tylko i całkowicie się już rozklejam. Łzy spływają mi po twarzy, rozmazując cały makijaż.
- Rozmawiałaś z nim dlaczego się nie zjawił na ślubie? - dopytuje tata, prowadząc mnie za rękę do salonu i sadzając na kanapie. Razem z mamą mocno mnie przytulają.
- Nie…, nie chciałam z nim rozmawiać… Wygarnęłam mu wszystko i z nim zerwałam… To nie może tak być, że będzie mnie okłamywał… - mówię i pociągam nosem.
- Zwolnię go w trybie natychmiastowym, bądź spokojna, mała błyskawico. - zapewnia mnie.
- Picker mi wszystko wyjaśnił, ale i tak nie mam zamiaru wybaczyć Deanowi. - dodaję.
- I dobrze. Nie zasłużył na Ciebie. - stwierdza mama. - Szkoda, że nie wypchnęłaś go przez okno jak Zacha. - śmieje się i ja także się delikatnie uśmiecham.
Przypomina mi się moment, w którym było naprawdę blisko, aby to się stało… Jednak wtedy zaczął mnie całować i perfekcyjnie trafił, że się w nim zakochałam. Ostatnim czasem żałuję, że nie wypchnęłam go jak miałam okazję. Może moje życie wyglądało by zupełnie inaczej…

Kolejne dni wyglądają podobnie. Wróciłam do pracy w firmie na tyle na ile pozwala mi ciąża. Mogę pracować w takich godzinach w jakich mi pasuje. Robbie został zwolniony natychmiastowo, jak ojciec kazał, a wypowiedzenie wysłaliśmy mu do domu, abym już więcej nie musiała go oglądać. Samo wspomnienie o nim bardzo mnie boli…
Wykonuję kolejne zamówienia, gdy nagle dzwoni do mnie Rena.
- Cześć. - mówię zaraz po odebraniu.
- Hej. Masz ochotę wpaść dziś do mnie? - proponuje.
- Czemu nie. Będę około piątej. - zgadzam się.
- To świetnie. Możesz też zabrać Lizę… Zrobimy sobie babski wieczór w czwórkę skoro Robbie zajmie się małą. - odpiera entuzjastycznie, dodaje jeszcze "To do zobaczenia" i rozłącza się.
Z Reną zaprzyjaźniłam się jeszcze przed ślubem i do teraz mamy dobre relacje. Spędzamy ze sobą dużo wolnego czasu. W końcu mamy podobne tematy, jak to dwie kobiety w ciąży. Jej synek urodzi się dwa tygodnie szybciej niż mój, więc na pewno wtedy będziemy spędzać razem jeszcze więcej czasu.
- Taylor, masz gościa. -mama staje nagle w progu mojego biura.
- Kto? - pytam, nie odrywając się od pracy.
- A jak myślisz…? - stawia na biurku karton pączków.
- Powiedz mu, że ma spadać. - decyduję. Tym razem nie przekupi mnie pączkami.
- To chyba będzie bardzo sarkastyczne. Wlazł na dach i zagroził, że jeśli go odrzucisz to się zabije… - odpiera.
- A co mnie to obchodzi? - odburkuję. - Ale wiesz co, sama mu to powiem. - wstaję z krzesła. - I oddam te cholerne bezglutenowe pączki. - zabieram karton i ruszam do windy. Owszem, nieco boję się wysokości, jednak ta sytuacja jest tego warta.
Wychodzę ostrożnie na dach i zauważam Robbiego Deana stojącego przy samej krawędzi. Biorę głęboki oddech i podchodzę do niego bliżej.
- Robbie…

2017-09-06

| 3 | 8.

W szpitalu zostaję przez kolejne trzy dni, gdzie odwiedzają mnie tylko Justin oraz Nate z Lizą. Jak tylko zostaję wypisana, nie czekam już na nic. Wracam do wynajętego hotelu, zbieram swoje rzeczy i żegnając się z przyjaciółmi, udaję się w podróż powrotną do Los Angeles. Sama w Chicago nie chcę dłużej zostawać, a nie będę psuła reszcie "wakacji".
Na lotnisku jest wielki tłok, ale to nic. Większość z ludzi dopiero co przyleciała, a ja już wracam. Pani z obsługi jest zaskoczona, że kupuję bilet na tak szybki lot powrotny. Przecież "Chicago jest takie wspaniałe…". To nieprawda. Deszcz, ponuro… I jeszcze to co się wydarzyło. Chyba za dużo jak na raz.
Wsiadam do samolotu, a chwilę później miejsce obok mnie zajmuje wysoki blondyn.
- Ooo, Taylor. - pada z jego ust, gdy tylko mnie zauważa.
- Robbie Picker… Jak miło. - odpowiadam z jadem w głosie. Wcale nie jest miło. Po pierwsze to mój były, a po drugie knuje coś z moim drugim byłym Robbiem Deanem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła… - zaczyna, a ja udaję, że go nie słucham. Wpatruję się w widok za oknem, podczas gdy maszyna startuje i wzbija się w powietrze. - Okay, to co zrobiliśmy było okropne, ale wybacz Tay. Wiem, że obie z Reną przez to cierpiałyście. Ona się martwi, bo nagle i bez uprzedzenia wyjechałem, ale kumpel mnie potrzebował… - tłumaczy mi.
- To i tak już nie ma znaczenia. Ty i Rena będziecie szczęśliwą rodziną, a ja zostanę samotną matką i tyle. - odpieram. - Rozstaliśmy się cztery dni temu. -  dodaję.
- Zrobił to, aby Cię chronić, Tay. - spogląda mi prosto w oczy. - Trochę czasu przed ślubem dostał telefon od rodziny Adagio. Nie do końca wierzyli, że jesteś niewinna. Robbie postanowił sfałszować dokumenty sprawy, a ja miałem być świadkiem jak jakiś przypadkowy menel go zabił. I wszystko udało się załatwić, pomimo twojego pojawienia się. Naprawdę nas zmartwiłaś... Pomyśl, dlaczego nic Ci nie powiedział i nie stanął przed ołtarzem? - milknie na chwile, abym sama mogła odgadnąć.
- Nie wiem. - kręcę głową.
- Gdyby wziął z Tobą ślub, wynajęli by innego detektywa, rozumiesz? Chciał za wszelką cenę Cię ochronić, a że spotkanie wypadło dzień później… Stało się jak stało. Wtedy jak zabrałem go od Ciebie ze szpitalnej sali wróciliśmy do kawiarni, aby dokończyć sprawę. Wymyślony przez niego menel będzie teraz poszukiwany, a on sam zadecydował nie ujawniać rodzinie Zacha, że oficjalnie zmienił imię i nazwisko na Robbie Dean, więc jak coś to będą szukać Jamesa Crebara. - kontynuuje opowieść i wszystko zaczyna się układać. - Powinnaś z nim porozmawiać… Może uda się Wam odbudować relacje i wziąć ślub… - kończy swoją wypowiedź.
- Może i chciał mnie chronić, tylko po co kłamał… Już drugi raz. Nie chcę go więcej widzieć. - oznajmiam i znów odwracam głowę w przeciwną stronę.
- Jak wolisz… - szepta i przez resztę podróży nie odzywa się już ani słowem.

2017-09-05

| 3 | 7.

Zatrzymuję się w połowie drogi do centrum handlowego, gdyż w jednej z kawiarni zauważam ich. Państwo Adagio siedzą przy stoliku z Robbiem Deanem i Pickerem. Więc o takich sprawach mówił Picker i przed tym chciał chronić mnie Dean. Wpatruję się w nich, zupełnie ignorując padający deszcz.
Dwa miesiące temu Robbie zapewniał mnie, że rodzina Adagio już na zawsze opuściła USA, a jednak kłamał. Tylko dlaczego zamieszany jest w to Picker…
Zbieram w sobie całą odwagę jaką mam i kieruję się ku nim, lecz gdy tylko przekraczam próg robi mi się słabo.
- Oddychaj Tay, oddychaj… - uspokajam się, a wtedy dostrzega mnie mama Zachary’ego.
- O popatrz! Tam jest! Może z nią porozmawiamy! - wskazuje mnie palcem.
W tym momencie Robbie odwraca się i zrywa z miejsca.
- Taylor, co tu robisz? - pyta ściszonym głosem, lecz nie odpowiadam mu.
Tracę przytomność w jego ramionach.

Otwieram oczy i pierwsze co zauważam to zmartwiona twarz Robbiego.
- Już dobrze Tay… Już dobrze… - gładzi moją dłoń. - Doktor pomógł Ci i wszystko jest okay. - cmoka mnie w brzuszek.
- Może i ze mną jest okay, ale nie między nami… - szeptam i odwracam wzrok w drugą stronę.
Szpitalny pokój jest mały, jednoosobowy z łazienką (a przynajmniej tak sądzę). Przez okno widać tylko korony drzew i deszczowe chmury, więc na pewno jest on gdzieś na górnym piętrze.
Leżę w ciszy, zupełnie ignorując obecność Robbiego. Dean także nic nie mówi. Zapewne nie wie jak ma mi to wszystko wyjaśnić…
- Hej Taylor. - do sali wchodzi Picker, poznaje go po głosie.
- Hej. - odburkuję tylko, nawet na niego nie spoglądając.
- Słuchaj, musimy pogadać… - zwraca się do mojego narzeczonego. - Sami. - dodaje ciszej, ale i tak to słyszę.
- Okay. - zgadza się i wstaje. - Zaraz wrócę, kochanie. - muska mój policzek wargami i wychodzi z Pickerem.
Mam już dość tych wszystkich tajemnic. Najpierw okazał się prywatnym detektywem i chciał wydać mnie w ręce policji, teraz coś knuje z Pickerem i rodziną Zachary’ego. Pomimo iż nie czuję się zbyt dobrze, podnoszę się z łóżka i powoli kroczę korytarzem za nimi, aby cokolwiek podsłuchać, jednak pielęgniarka szybko zgarnia mnie z powrotem do mojego pokoju.

Dean nie zjawia się u mnie aż do wieczora.
- To była bardzo ważna sprawa, sorry. - oznajmia od wejścia i przysuwa sobie krzesło.
- Taaa… Kolejna ważniejsza niż ja. - odpieram ze złością w głosie.
- Taylor… Przecież Ty jesteś najważniejsza… - chwyta moją dłoń, jednak ją wyrywam.
- Kłamiesz! … Znów. - zaciskam oczy, aby się nie rozpłakać. - Gdyby tak było, to czemu mnie wystawiłeś? Czekałam ja, goście, ksiądz… A Ty tak po prostu nas olałeś… - wypominam mu ostatnie wydarzenia, a poprzez trzymanie palca na jego ustach nie pozwalam mu się wtrącać i wyjaśniać.
Teraz moja kolej, aby coś powiedzieć.
- Przed ślubem stałeś się zimny…, zacząłeś często znikać…, coś ukrywać… Zachowywałeś się jak nie ten Robbie Dean, w którym się zakochałam. - kontynuuję, a w jego oczach zauważam coś co ciężko określić jednym słowem… Coś jak mieszająca się złość i rozpacz. I dobrze, niech wie co traci. - Czasami żałuję dnia, w którym Cię poznałam… W którym otworzyłam swoje serce dla Ciebie… Zniszczyłeś nas… Ale bardziej mnie. - mówię, choć trudno mi to wypowiedzieć. - A teraz nic już nie mów, tylko wyjdź i daj mi spokój. Tym razem do definitywny koniec. - zdejmuję pierścionek zaręczynowy i wciskam mu w dłoń.
Robbie tylko wzdycha i wychodzi. Gdy zamykają się za nim drzwi, po moich policzkach zaczynają spływać łzy. Najpierw pojedyncze, a potem całymi strumieniami. Ale kto powiedział, że rozstania są łatwe…?

2017-09-04

| 3 | 6.

- Pasażerowie lotu numer dwieście trzydzieści do Chicago proszeni są o skierowanie się do wyjścia numer trzy. - słyszę z głośników, więc ruszam ze swoją malutką walizką.
Udało mi się kupić ostatni bilet na ten lot oraz zarezerwować jakiś pokój w hotelu niedaleko chicagowskiego lotniska. Oglądam się za siebie po raz ostatni w nadziei, że Robbie jednak jest w LA i spróbuje mnie powstrzymać przed wyjazdem, ale napotykam tylko panującą pustkę. Ruszam do odpowiedniego wyjścia, aby przejść przez odprawę i niedługo odszukać ukochanego.

W Chicago jestem późnym wieczorem ze względu na strefy czasowe. Ciągnę za sobą walizkę aż do hotelu, gdzie w recepcji wita mnie miła kobieta w podeszłym już wieku. Ostatnią czynnością dnia dzisiejszego jest tylko wdrapanie się na drugie piętro i położenie spać w niezbyt wygodnym łóżku.

Budzę się wcześnie rano z powodu hałasu. Na zewnątrz jest okropna ulewa jakiej w swojej rodzinnej miejscowości jeszcze nie widziałam. Po za tym jest tu chłodniej niż w LA. Wyciągam z walizki czyste rzeczy, które zakładam zaraz po porannym prysznicu. Gdy jestem już gotowa, schodzę do hotelowej stołówki, gdzie czeka już zastawiony na śniadanie stół szwedzki. Nakładam sobie porządną porcję, tego co kwalifikuję jako zdrową żywność i siadam przy stoliku obok okna. Podczas posiłku ciągle wyglądam przez okno, na deszczowy poranek.
- Sama? - słyszę znajomy głos za plecami, więc odwracam się.
- Justin? Co tu robisz? - pytam, wpatrując się w niego.
- Wspominałem Ci, że wyjeżdżam zaraz po twoim ślubie do Chicago na ślub kuzynki… Oj Tay… - odpiera i siada obok mnie. - Jak się czujesz po wczoraj? - patrzy na mnie z troską.
- Nie jest najgorzej… Chyba. - odpowiadam i znów wlepiam wzrok w punkt daleko przede mną, gdzieś tam pomiędzy kroplami deszczu.
- Wszyscy się o Ciebie martwimy… Nate i Liza przyjechali ze mną. Po wiadomości od Pickera domyślili się, że będziesz tu szukać Deana i chcą Ci pomóc. - otula mnie ramieniem.
- Dzięki, ale chyba muszę zrobić to sama. Po prostu tak podpowiada mi serce. - nie zgadzam się.
Nie będę psuła Nate’owi i Lizie ich poślubnych planów. Chcieli zrobić remont, postarać o dziecko… A z resztą, to tylko mój problem.
- Okay, ale jak coś to zostają tu na tydzień. Jeśli nie chcesz ich pomocy, to będą mieli chociaż tydzień miodowy. - rzuca ze śmiechem i kontynuuje posiłek.
Zjadam wszystko co sobie nałożyłam i ruszam do swojego pokoju. Zabieram torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, zakładam kurtkę i wychodzę. Niedaleko jest centrum handlowe, więc udaję się tam, aby zakupić parasol. Cóż, nie przewidziałam takiej pogody to teraz będę musiała nieco zmoknąć. Ruszam przed siebie, lawirując pomiędzy kałużami. Patrząc na tych wszystkich ludzi z parasolami, którzy zabiegani poruszają się we wszystkich możliwych kierunkach, dostrzegam ich i już rozumiem przed czym Robbie Dean chciał mnie uchronić.

2017-09-03

| 3 | 5.

W sobotę nadchodzi długo wyczekiwany dzień ślubu. Robbie wybył wcześnie rano, aby szykować się u swoich rodziców, a moja mama, Rena z Nią oraz ich mamą pomagają mi w przygotowaniach. Re uparła się, że mnie uczesze i umaluje, więc Nia pilnuje córki dziewczyny. Dużo przy tym plotkujemy i się śmiejemy, aby rozluźnić atmosferę.

Gdy wszystko jest już gotowe pani Lovelis wykonuje mi zdjęcie z moimi rodzicami oraz Reną i Nią, abyśmy mieli na pamiątkę. Spoglądam w lustro i upewniam się, że brzuszek nie jest aż tak widoczny. W końcu trzeba jakoś wyglądać na nagraniu ze ślubu. Siadam w salonie i czekam, aż przyjedzie po nas wynajęta limuzyna, a czas niemożliwie się dłuży. Punktualnie o 3PM szofer zajeżdża pod apartamentowiec i udajemy się pod kościół. Zauważam, że większość gości już czeka, jednak nigdzie nie ma Robbiego. I podobno to panny młode zwykle się spóźniają… Rozglądam się nieco nerwowo w poszukiwaniu narzeczonego, jednak nigdzie go nie ma. Nie ma także jego rodziny.
- Martwię się… - zwracam się do matki, która obejmuje mnie od razu.
- Zaraz się zjawi, zobaczysz… - uspokaja mnie.
- Taylor, przecież mogło się coś stać, np. utknął w korku… Kocha Cię i na pewno będzie. - ojciec także próbuje odsunąć ode mnie zmartwienia. W końcu to dzień mojego ślubu.

Dzwony kościelne wybijają 4 PM, a jego dalej nie ma. Zniecierpliwiony kapłan wychodzi do mnie czekającej z tatą przy wejściu.
- Coś się stało? - pyta, spoglądając w dal tak jak my.
- Nie ma Robbiego, a nie odbiera telefonów… Dzwoniłam do niego. - oznajmiam.
- Prosimy jeszcze chwilę poczekać. Może zaraz się zjawi. - prosi mój ojciec, przytulając mnie mocno do siebie.
- Dobrze, ale tylko piętnaście minut, bo później jest normalna msza i nabożeństwo. - duchowny zgadza się i wraca do świątyni.
Kwadrans, który zgodził się zaczekać mija bardzo szybko, a Robbie nie dociera. Wtedy przychodzi do nas zdenerwowana Rena.
- Ślubu nie będzie. - wyrzuca z siebie na jednym oddechu, a w jej ręce dostrzegam telefon. - Chyba nasi faceci mają nierówno pod czaszkami. - dodaje, a mój ojciec kieruje na nią wzrok.
- Co? - tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić. - Wiesz coś?
- Tylko tyle. - pokazuje mi wiadomość od swojego męża.
"Skarbie, przepraszam, że nie zjawiłem się na ślubie Taylor (przeproś też ją), ale miałem ważną sprawę do załatwienia. Przez najbliższy tydzień będę w Chicago, a potem jeszcze nie wiem… Nie martw się o mnie i ucałuj ode mnie malutką."
Oddaję jej urządzenie, ale nic nie mówię. Ściągam z nóg buty i ruszam przed siebie. Muszę jeszcze dziś znaleźć się w Chicago, bo być może właśnie tam jest Robbie Dean.

2017-09-02

| 3 | 4.

Przygotowania do ślubu idą nam całkiem nieźle. Prawie wszystko już gotowe, a do ceremonii został tylko tydzień, który oboje dostaliśmy wolny od pracy. I nawet dobrze, bo potrzebuję odpoczynku. Ciąża bywa męcząca, zwłaszcza jeśli mały Dean uwielbia kopanie swojej mamusi pod żebra.

Leżę na kanapie w salonie i oglądam nagranie ze ślubu rodziców, jednocześnie głaszcząc, przytulonego do brzuszka, kotka. Futrzak bardzo się do mnie przywiązał, a ja do niego.
Przewijam nieco ceremonii, aż do początku wesela. Zostało tak mało czasu, a my nadal nie mamy wybranego pierwszego tańca. Czadami wydaje mi się, że Deana zupełnie to nie obchodzi i będzie to wyjątkowa improwizacja. Przyglądam się jak moi rodzice 20 lat temu wirowali szczęśliwi w swoich objęciach, a ludzie wokół nich stali, kołysząc się w rytm.
- O, Tay. Oglądasz nasze wesele. - moja mama odwiedza mnie w apartamencie.
- Tak. Szukam inspiracji. - odpieram i siadam, aby mogła się przysiąść.
Czasami potrzebuję jej bliskości bardziej niż się wydaje.
Przytulam się do niej i milczę. To wystarcza.
- Na pewno jest wszystko dobrze? - pyta, jakby czując, że coś mnie trapi.
Zastanawiam się czy lepiej powiedzieć prawdę czy to co chce usłyszeć...
- W sumie... To nie jest. Czuję, że Robbie zupełnie nie interesuje się ślubem... Może już mu się znudziłam? - odzywam się w końcu.
- Ojej... Może mam z nim porozmawiać? - proponuje.
- Nie wiem czy to coś zmieni... Wiesz jaki jest... - wzdycham i zatrzymuję uciekającego z moich kolan kota.
- Spróbuję i tak. - upiera się. - Zostać z Tobą aż wróci? - pyta, patrząc na mnie z troską.
- Proszę. Nie lubię być sama. - wtulam się w nią mocniej.

Pół godziny później zjawia się Robbie. Zostawiam mamę w kuchni, aby kolacja się nie przypaliła i wychodzę na korytarz.
- Gdzie byłeś? - pytam, patrząc na niego.
- Z Pickerem. - odpiera jakby to było oczywiste.
- Nie wiem co wy kombinujecie, ale Rena też się martwi. - zagradzam mu drogę na piętro. - Nic nie ukrywasz? - zmuszam go do spojrzenia w oczy.
- Oj Tay... Oczywiście, że nie. - kładzie ręce na moich biodrach, cmoka w policzek i odsuwa.
Zamyka się w sypialni, więc na dalszą rozmowę nie mam co liczyć.
Wracam do kuchni i z mamą kończę szykownie kolacji.

Gdy wszystko jest gotowe, Robbie jak na zawołanie zjawia się przy stole, jednak na widok mojej mamy blednie.
- Dobrze się czujesz, skarbie? - pytam, siadając obok niego.
- Tak, tak. - zbywa mnie i uśmiecha do mojej mamy. - Miło znów panią widzieć, pani Meredith.
- Oj Robbie, jaka pani. Niedługo będziemy rodziną, więc mów mi mamo. - siada naprzeciwko niego i uważnie obserwuje.
Rozmowa przy posiłku toczy się całkiem normalnie, więc przestaję się martwić. Być może wymyśliłam sobie, że Robbiemu nie zależy... Być może po prostu to przedślubny stres... Nie wiem, ale cieszę się tym, że możemy spędzić trochę czasu razem.

2017-09-01

| 3 | 3.

W ciągu kolejnego tygodnia Robbie spędza dużo czasu po pracy wraz z Pickerem, co zaczyna mnie nieco niepokoić, tak jak Renę. Podczas naszego wspólnego wypadu, Re dzieli się ze mną swoimi podejrzeniami.
- Oni na pewno coś kombinują... Oby tylko w nic się nie wkopali... Boję się. - mówi, a ja tylko jej przytakuję.
- Ja też się boję, chociaż Robbie jest prywatnym detektywem i ma już wyprawę w obronie... - wzdycham.
- Przez te lata co go znam, zdążyłam się zorientować, że czasami postępuje jak debil. Oby tylko twój narzeczony był rozumny i dojrzały... - kontynuuje, do czasu aż stajemy przed drzwiami salonu sukien ślubnych. - I jesteśmy. - zmienia temat i przepuszcza mnie w wejściu. - To jest Taylor, moja przyjaciółka. - przedstawia mnie krawcowej. - A to moja ulubiona krawcowa, pani Watts.
- Miło poznać. - wyciągam do niej dłoń, którą lekko ściska.
- Przyszłyśmy tu po suknię dla Tay. Ślub za... Ile? - spogląda na mnie.
- Trzy miesiące. - odpieram.
- Właśnie, ślub za trzy miesiące, więc to już będzie szósty miesiąc i trzeba ukryć jej brzuszek. - wyjaśnia.
- To nie problem. Jakie masz oczekiwania, Taylor? - krawcowa zwraca się do mnie.
- Chcę sukienkę do kolan. Góra koronkowa z cyrkoniami i oczywiście wolnymi plecami na ramiączkach, a dół może z mlecznej foli albo dużej ilości tiulu. W zależności co będzie pasować lepiej. - objaśniam moją wizję i chwilę potem pani Watts zabiera mnie do przebieralni, a Renę zostawia w salce z dużym lustrem.
Po niedługich oczekiwaniach, krawcowa wraca do mnie z kilkoma kreacjami, które odpowiadają podanemu przeze mnie opisowi i zaczynamy przymiarki. Pierwsza to moja upragniona z foliowym dołem. Ostrożnie krawcowa pomaga mi ją ubrać i wychodzimy do Reny. Ja przyglądam się swojemu odbiciu, a Re mi.
- I jak, panno Palumbo? - pyta pani Watts, uśmiechając się do mnie.
- No nie wiem... Czy ta folia nie będzie się potem unosić na brzuszku? - kieruję przyjaciółce pytające spojrzenie.
- No... Może. Przymierz kolejną. - odpiera, więc wracam do pokoiku.
Druga jest bardzo podobna, tylko, że z tiulowym dołem. Chwilę później ponownie stajemy w pomieszczeniu z ogromnym lustrem.
- To jest to! - Rena zrywa się z miejsca jak tylko mnie zauważa. - Robbiemu się spodoba! Będziesz śliczna! - staje obok mnie.
Gdy widzę swoje odbicie, nie jestem jednak zbyt przekonana.
- Jesteś pewna? - pytam.
- No oczywiście. Pani Watts, poprosimy dodatki. - woła, a po chwili kobieta wraca z welonem, diademem, wiankiem i biżuterią.
Rena zaczesuje mi włosy na bok, upinając spinkami i nakłada na głowę wianek.
- Tak będzie najlepiej. - posyła mi serdeczny uśmiech.
Uważnie przyglądam się swojemu odbiciu, obracając się wokół własnej osi i nadal nie jestem pewna. Czy Robbiemu się spodoba? Co powiedzą rodzice? Przecież ślub ma się tylko jeden, więc to poważna decyzja.
- Przepraszam, ale nie wiem. - ścieram łzy z policzków.
- Wiem, że ma panna wątpliwości, ale mogę zapewnić, że suknia będzie pasować. Dopasujemy ją, spokojnie. - krawcowa uspokaja mnie. - Będzie idealnie, czyż nie Pyreno?
- Oczywiście. Nie martw się Tay, widziałaś jak ja sobie poradziłam. Zaufaj nam. - Re chwyta moją dłoń, jakby przez to miała przekazać mi swoją pozytywną energię.
- W takim razie... Kupuję. - oznajmiam i idę przebrać się w swoje rzeczy.
Następnie krawcowa ustala ze mną terminy kolejnych przymiarek i odbioru. Płacę za suknię, a potem wybieram się z Reną do kolejnego sklepu, aby kupić zaproszenia. Skoro mój narzeczony nie ma na to czasu, przyjaciółka musi pomóc.