2017-09-02

| 3 | 4.

Przygotowania do ślubu idą nam całkiem nieźle. Prawie wszystko już gotowe, a do ceremonii został tylko tydzień, który oboje dostaliśmy wolny od pracy. I nawet dobrze, bo potrzebuję odpoczynku. Ciąża bywa męcząca, zwłaszcza jeśli mały Dean uwielbia kopanie swojej mamusi pod żebra.

Leżę na kanapie w salonie i oglądam nagranie ze ślubu rodziców, jednocześnie głaszcząc, przytulonego do brzuszka, kotka. Futrzak bardzo się do mnie przywiązał, a ja do niego.
Przewijam nieco ceremonii, aż do początku wesela. Zostało tak mało czasu, a my nadal nie mamy wybranego pierwszego tańca. Czadami wydaje mi się, że Deana zupełnie to nie obchodzi i będzie to wyjątkowa improwizacja. Przyglądam się jak moi rodzice 20 lat temu wirowali szczęśliwi w swoich objęciach, a ludzie wokół nich stali, kołysząc się w rytm.
- O, Tay. Oglądasz nasze wesele. - moja mama odwiedza mnie w apartamencie.
- Tak. Szukam inspiracji. - odpieram i siadam, aby mogła się przysiąść.
Czasami potrzebuję jej bliskości bardziej niż się wydaje.
Przytulam się do niej i milczę. To wystarcza.
- Na pewno jest wszystko dobrze? - pyta, jakby czując, że coś mnie trapi.
Zastanawiam się czy lepiej powiedzieć prawdę czy to co chce usłyszeć...
- W sumie... To nie jest. Czuję, że Robbie zupełnie nie interesuje się ślubem... Może już mu się znudziłam? - odzywam się w końcu.
- Ojej... Może mam z nim porozmawiać? - proponuje.
- Nie wiem czy to coś zmieni... Wiesz jaki jest... - wzdycham i zatrzymuję uciekającego z moich kolan kota.
- Spróbuję i tak. - upiera się. - Zostać z Tobą aż wróci? - pyta, patrząc na mnie z troską.
- Proszę. Nie lubię być sama. - wtulam się w nią mocniej.

Pół godziny później zjawia się Robbie. Zostawiam mamę w kuchni, aby kolacja się nie przypaliła i wychodzę na korytarz.
- Gdzie byłeś? - pytam, patrząc na niego.
- Z Pickerem. - odpiera jakby to było oczywiste.
- Nie wiem co wy kombinujecie, ale Rena też się martwi. - zagradzam mu drogę na piętro. - Nic nie ukrywasz? - zmuszam go do spojrzenia w oczy.
- Oj Tay... Oczywiście, że nie. - kładzie ręce na moich biodrach, cmoka w policzek i odsuwa.
Zamyka się w sypialni, więc na dalszą rozmowę nie mam co liczyć.
Wracam do kuchni i z mamą kończę szykownie kolacji.

Gdy wszystko jest gotowe, Robbie jak na zawołanie zjawia się przy stole, jednak na widok mojej mamy blednie.
- Dobrze się czujesz, skarbie? - pytam, siadając obok niego.
- Tak, tak. - zbywa mnie i uśmiecha do mojej mamy. - Miło znów panią widzieć, pani Meredith.
- Oj Robbie, jaka pani. Niedługo będziemy rodziną, więc mów mi mamo. - siada naprzeciwko niego i uważnie obserwuje.
Rozmowa przy posiłku toczy się całkiem normalnie, więc przestaję się martwić. Być może wymyśliłam sobie, że Robbiemu nie zależy... Być może po prostu to przedślubny stres... Nie wiem, ale cieszę się tym, że możemy spędzić trochę czasu razem.

1 komentarz:

  1. Wydaje mi się, że słusznie się martwi.
    Buziaki i czekam na next.

    OdpowiedzUsuń