W sobotę nadchodzi długo wyczekiwany dzień ślubu. Robbie wybył
wcześnie rano, aby szykować się u swoich rodziców, a moja mama, Rena z Nią oraz
ich mamą pomagają mi w przygotowaniach. Re uparła się, że mnie uczesze i
umaluje, więc Nia pilnuje córki dziewczyny. Dużo przy tym plotkujemy i się
śmiejemy, aby rozluźnić atmosferę.
Gdy wszystko jest już gotowe pani Lovelis wykonuje mi zdjęcie z moimi
rodzicami oraz Reną i Nią, abyśmy mieli na pamiątkę. Spoglądam w lustro i
upewniam się, że brzuszek nie jest aż tak widoczny. W końcu trzeba jakoś
wyglądać na nagraniu ze ślubu. Siadam w salonie i czekam, aż przyjedzie po nas
wynajęta limuzyna, a czas niemożliwie się dłuży. Punktualnie o 3PM szofer
zajeżdża pod apartamentowiec i udajemy się pod kościół. Zauważam, że większość
gości już czeka, jednak nigdzie nie ma Robbiego. I podobno to panny młode zwykle
się spóźniają… Rozglądam się nieco nerwowo w poszukiwaniu narzeczonego, jednak
nigdzie go nie ma. Nie ma także jego rodziny.
- Martwię się… - zwracam się do matki, która obejmuje mnie od razu.
- Zaraz się zjawi, zobaczysz… - uspokaja mnie.
- Taylor, przecież mogło się coś stać, np. utknął w korku… Kocha Cię i
na pewno będzie. - ojciec także próbuje odsunąć ode mnie zmartwienia. W końcu
to dzień mojego ślubu.
Dzwony kościelne wybijają 4 PM, a jego dalej nie ma. Zniecierpliwiony
kapłan wychodzi do mnie czekającej z tatą przy wejściu.
- Coś się stało? - pyta, spoglądając w dal tak jak my.
- Nie ma Robbiego, a nie odbiera telefonów… Dzwoniłam do niego. -
oznajmiam.
- Prosimy jeszcze chwilę poczekać. Może zaraz się zjawi. - prosi mój
ojciec, przytulając mnie mocno do siebie.
- Dobrze, ale tylko piętnaście minut, bo później jest normalna msza i
nabożeństwo. - duchowny zgadza się i wraca do świątyni.
Kwadrans, który zgodził się zaczekać mija bardzo szybko, a Robbie nie
dociera. Wtedy przychodzi do nas zdenerwowana Rena.
- Ślubu nie będzie. - wyrzuca z siebie na jednym oddechu, a w jej ręce
dostrzegam telefon. - Chyba nasi faceci mają nierówno pod czaszkami. - dodaje,
a mój ojciec kieruje na nią wzrok.
- Co? - tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić. - Wiesz coś?
- Tylko tyle. - pokazuje mi wiadomość od swojego męża.
"Skarbie, przepraszam, że
nie zjawiłem się na ślubie Taylor (przeproś też ją), ale miałem ważną sprawę do
załatwienia. Przez najbliższy tydzień będę w Chicago, a potem jeszcze nie wiem…
Nie martw się o mnie i ucałuj ode mnie malutką."
Oddaję jej urządzenie, ale nic nie mówię. Ściągam z nóg buty i ruszam
przed siebie. Muszę jeszcze dziś znaleźć się w Chicago, bo być może właśnie tam
jest Robbie Dean.
Oj biedna Tay... Ten Robbie Dean to przyjeb!
OdpowiedzUsuńCzekam co będzie dalej.