2017-09-03

| 3 | 5.

W sobotę nadchodzi długo wyczekiwany dzień ślubu. Robbie wybył wcześnie rano, aby szykować się u swoich rodziców, a moja mama, Rena z Nią oraz ich mamą pomagają mi w przygotowaniach. Re uparła się, że mnie uczesze i umaluje, więc Nia pilnuje córki dziewczyny. Dużo przy tym plotkujemy i się śmiejemy, aby rozluźnić atmosferę.

Gdy wszystko jest już gotowe pani Lovelis wykonuje mi zdjęcie z moimi rodzicami oraz Reną i Nią, abyśmy mieli na pamiątkę. Spoglądam w lustro i upewniam się, że brzuszek nie jest aż tak widoczny. W końcu trzeba jakoś wyglądać na nagraniu ze ślubu. Siadam w salonie i czekam, aż przyjedzie po nas wynajęta limuzyna, a czas niemożliwie się dłuży. Punktualnie o 3PM szofer zajeżdża pod apartamentowiec i udajemy się pod kościół. Zauważam, że większość gości już czeka, jednak nigdzie nie ma Robbiego. I podobno to panny młode zwykle się spóźniają… Rozglądam się nieco nerwowo w poszukiwaniu narzeczonego, jednak nigdzie go nie ma. Nie ma także jego rodziny.
- Martwię się… - zwracam się do matki, która obejmuje mnie od razu.
- Zaraz się zjawi, zobaczysz… - uspokaja mnie.
- Taylor, przecież mogło się coś stać, np. utknął w korku… Kocha Cię i na pewno będzie. - ojciec także próbuje odsunąć ode mnie zmartwienia. W końcu to dzień mojego ślubu.

Dzwony kościelne wybijają 4 PM, a jego dalej nie ma. Zniecierpliwiony kapłan wychodzi do mnie czekającej z tatą przy wejściu.
- Coś się stało? - pyta, spoglądając w dal tak jak my.
- Nie ma Robbiego, a nie odbiera telefonów… Dzwoniłam do niego. - oznajmiam.
- Prosimy jeszcze chwilę poczekać. Może zaraz się zjawi. - prosi mój ojciec, przytulając mnie mocno do siebie.
- Dobrze, ale tylko piętnaście minut, bo później jest normalna msza i nabożeństwo. - duchowny zgadza się i wraca do świątyni.
Kwadrans, który zgodził się zaczekać mija bardzo szybko, a Robbie nie dociera. Wtedy przychodzi do nas zdenerwowana Rena.
- Ślubu nie będzie. - wyrzuca z siebie na jednym oddechu, a w jej ręce dostrzegam telefon. - Chyba nasi faceci mają nierówno pod czaszkami. - dodaje, a mój ojciec kieruje na nią wzrok.
- Co? - tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić. - Wiesz coś?
- Tylko tyle. - pokazuje mi wiadomość od swojego męża.
"Skarbie, przepraszam, że nie zjawiłem się na ślubie Taylor (przeproś też ją), ale miałem ważną sprawę do załatwienia. Przez najbliższy tydzień będę w Chicago, a potem jeszcze nie wiem… Nie martw się o mnie i ucałuj ode mnie malutką."
Oddaję jej urządzenie, ale nic nie mówię. Ściągam z nóg buty i ruszam przed siebie. Muszę jeszcze dziś znaleźć się w Chicago, bo być może właśnie tam jest Robbie Dean.

1 komentarz:

  1. Oj biedna Tay... Ten Robbie Dean to przyjeb!
    Czekam co będzie dalej.

    OdpowiedzUsuń