Zatrzymuję się w połowie drogi do centrum handlowego, gdyż w jednej z
kawiarni zauważam ich. Państwo Adagio siedzą przy stoliku z Robbiem Deanem i
Pickerem. Więc o takich sprawach mówił Picker i przed tym chciał chronić mnie
Dean. Wpatruję się w nich, zupełnie ignorując padający deszcz.
Dwa miesiące temu Robbie zapewniał mnie, że rodzina Adagio już na
zawsze opuściła USA, a jednak kłamał. Tylko dlaczego zamieszany jest w to
Picker…
Zbieram w sobie całą odwagę jaką mam i kieruję się ku nim, lecz gdy
tylko przekraczam próg robi mi się słabo.
- Oddychaj Tay, oddychaj… - uspokajam się, a wtedy dostrzega mnie mama
Zachary’ego.
- O popatrz! Tam jest! Może z nią porozmawiamy! - wskazuje mnie
palcem.
W tym momencie Robbie odwraca się i zrywa z miejsca.
- Taylor, co tu robisz? - pyta ściszonym głosem, lecz nie odpowiadam
mu.
Tracę przytomność w jego ramionach.
Otwieram oczy i pierwsze co zauważam to zmartwiona twarz Robbiego.
- Już dobrze Tay… Już dobrze… - gładzi moją dłoń. - Doktor pomógł Ci i
wszystko jest okay. - cmoka mnie w brzuszek.
- Może i ze mną jest okay, ale nie między nami… - szeptam i odwracam
wzrok w drugą stronę.
Szpitalny pokój jest mały, jednoosobowy z łazienką (a przynajmniej tak
sądzę). Przez okno widać tylko korony drzew i deszczowe chmury, więc na pewno
jest on gdzieś na górnym piętrze.
Leżę w ciszy, zupełnie ignorując obecność Robbiego. Dean także nic nie
mówi. Zapewne nie wie jak ma mi to wszystko wyjaśnić…
- Hej Taylor. - do sali wchodzi Picker, poznaje go po głosie.
- Hej. - odburkuję tylko, nawet na niego nie spoglądając.
- Słuchaj, musimy pogadać… - zwraca się do mojego narzeczonego. -
Sami. - dodaje ciszej, ale i tak to słyszę.
- Okay. - zgadza się i wstaje. - Zaraz wrócę, kochanie. - muska mój
policzek wargami i wychodzi z Pickerem.
Mam już dość tych wszystkich tajemnic. Najpierw okazał się prywatnym
detektywem i chciał wydać mnie w ręce policji, teraz coś knuje z Pickerem i
rodziną Zachary’ego. Pomimo iż nie czuję się zbyt dobrze, podnoszę się z łóżka
i powoli kroczę korytarzem za nimi, aby cokolwiek podsłuchać, jednak
pielęgniarka szybko zgarnia mnie z powrotem do mojego pokoju.
Dean nie zjawia się u mnie aż do wieczora.
- To była bardzo ważna sprawa, sorry. - oznajmia od wejścia i przysuwa
sobie krzesło.
- Taaa… Kolejna ważniejsza niż ja. - odpieram ze złością w głosie.
- Taylor… Przecież Ty jesteś najważniejsza… - chwyta moją dłoń, jednak
ją wyrywam.
- Kłamiesz! … Znów. - zaciskam oczy, aby się nie rozpłakać. - Gdyby
tak było, to czemu mnie wystawiłeś? Czekałam ja, goście, ksiądz… A Ty tak po
prostu nas olałeś… - wypominam mu ostatnie wydarzenia, a poprzez trzymanie
palca na jego ustach nie pozwalam mu się wtrącać i wyjaśniać.
Teraz moja kolej, aby coś
powiedzieć.
- Przed ślubem stałeś się zimny…, zacząłeś często znikać…, coś
ukrywać… Zachowywałeś się jak nie ten Robbie Dean, w którym się zakochałam. -
kontynuuję, a w jego oczach zauważam coś co ciężko określić jednym słowem… Coś
jak mieszająca się złość i rozpacz. I dobrze, niech wie co traci. - Czasami
żałuję dnia, w którym Cię poznałam… W którym otworzyłam swoje serce dla Ciebie…
Zniszczyłeś nas… Ale bardziej mnie. - mówię, choć trudno mi to wypowiedzieć. -
A teraz nic już nie mów, tylko wyjdź i daj mi spokój. Tym razem do definitywny
koniec. - zdejmuję pierścionek zaręczynowy i wciskam mu w dłoń.
Robbie tylko wzdycha i wychodzi. Gdy zamykają się za nim drzwi, po
moich policzkach zaczynają spływać łzy. Najpierw pojedyncze, a potem całymi
strumieniami. Ale kto powiedział, że rozstania są łatwe…?
Ojej... Co to się porobiło!? Co te oba Robbie kombinują!?
OdpowiedzUsuńBuziaki i czekam na next.