2017-09-08

| 3 | 10.

Postanawiam ostatecznie rozmówić się z Robbiem, więc udaję się na dach. Chłopak stoi przy samej krawędzi, więc biorę głęboki oddech i podchodzę bliżej niego.
- Robbie… - zaczynam, a on odwraca się i spogląda na mnie. - Przyniosłam Ci coś twojego. - podaję mu karton. - Tym razem niestety pączki Ci nie pomogły. - dodaję oschle.
- Taylor, pozwól mi wszystko wyjaśnić. - zaczyna i odkłada karton na bok. - wiem, że zachowałem się jak dupek, ale chcę to naprawić. W końcu do trzech razy sztuka… - przesuwa dłonią po moim ramieniu, aż przechodzi mnie dreszcz. Pomimo iż mamy zimę, jest na zewnątrz ciepło, więc moja skóra tak reaguje na jego zimne dłonie.
- Nie będzie trzeciej próby. Mam już dość tych kłamstw, tego cierpienia… Odpuść sobie i spadaj. - odpycham go kawałek od siebie, a wtedy on traci równowagę i prawie spada z dachu. Zatrzymuje się przy samej krawędzi, gdzie wcześniej stał. - Nie krępuj się… Możesz dosłownie spadać jak chcesz. - dodaję ze śmiechem.
- Bardzo zabawne, Palumbo. - zwraca się do mnie po nazwisku po raz pierwszy.
- No… Bardzo. - zaczynam się z nim droczyć.
- Przestań Tay. Niedługo będziesz mamą, a zachowujesz się jak typowa nastolatka. - podnosi się nagle i chwilę potem trzyma mnie za ramiona.
- Puść. - wyrywam się mu i odsuwam na kilka metrów.
Zapewne ludzie z innych budynków czy przechodzący gdzieś obok mają z nas ubaw. Dwoje, wydaje się, że dorosłych ludzi, kłóci się na dachu. Po prostu fascynujące.
- Nie bądź uparta, mała błyskawico. - znów się do mnie przysuwa.
- Nie masz już prawa tak mnie nazywać. - odpieram ze złością.
Dean zna wszystkie moje słabe strony. Doskonale wie, że pudełko pączków, słodkie nazwanie mnie "małą błyskawicą" i jeden długi i namiętny pocałunek są w stanie zrobić ze mną wszystko. Jednak nadszedł dzień, aby przezwyciężyć te słabości i nigdy więcej nie ulec mu.
- Jeny, jaka Ty jesteś irytująca… Chyba będę musiał sobie odpuścić… - wzdycha.
Nic nie odpowiadam, tylko zerkam na niebo, które nagle zasnuwa się ciemnymi chmurami. Chwilę później niebo na pół rozdziera mała błyskawica, a na ziemię zaczynają spadać duże krople deszczu. Burza w Kalifornii, no proszę.
- Chciałeś błyskawicę to masz! - wskazuję mu na miejsce, gdzie jeszcze sekundę temu był piorun.
- Ale ja wolę tą. - wykorzystuje chwilę i podczas, gdy ja wypatruję, gdzie uderzy kolejny piorun, przyciąga mnie za biodra i zaczyna namiętnie całować.
Kładę dłonie na jego klatce piersiowej z zamiarem odtrącenia go, ale kilka metrów ode mnie w piorunochron uderza piorun, więc jeszcze mocniej wtulam się w Robbiego.
- Może jeśli chcesz dalej rozmawiać i mnie wkurzać to zabieraj pączki i chodź do mojego biura. Tu jest zbyt niebezpiecznie dla mnie i maluszka, bo o Ciebie to w ogóle się nie martwię. - wypowiadam szybko, gdy tylko odsuwa się na milimetry ode mnie.
- Okay. - zgadza się i puszcza mnie.
Czemu znów musiałam mu ulec…?

W budynku, chłopak odprowadza mnie do mojego biura, a następnie idzie do mojej mamy zapytać się czy ma jakieś ręczniki. Nieco zmokliśmy stojąc na tym dachu. Wraca po chwili, siada ze mną na kolanach i okrywa jednym dużym ręcznikiem. Jedynym jaki udało się znaleźć mojej mamie. Nie narzekam na niego bliskość, gdyż jest mi zimno i jestem mokra, a od niego bije niewyobrażalne ciepło.
- Przepraszam za wszystko, Taylor. Jeśli nie chcesz ze mną być, to okay. Ale zawsze możecie na mnie liczyć. - cmoka mnie w policzek.
- Dzięki. - delikatnie się do niego uśmiecham. - Zastanowię się co do nas, okay? Ale odwiedzać nas możesz… - dodaję i wtulam w niego głowę. Znów pachnie tymi samymi perfumami…
Pozwalam, aby trzymał mnie w ramionach, gładząc moje plecy, a jego oddech muskał moje policzki z czułością. Może jednak nie wszystko jest między nami stracone.

1 komentarz:

  1. Ale to słodki rozdział.
    No i nie spadł z dachu - a już myślałam.
    Buziaki i do jutra.

    OdpowiedzUsuń