2018-05-04

| 4 | Epilog

Proces trwa jeszcze kilka dobrych miesięcy, nim skazują mnie na 5 lat więzienia dla kobiet. Dylan otrzymuje taki sam wyrok, jednak wysyłają do zakładu karnego dla mężczyzn, pomimo wszelkich starań i gróźb. Nikt więcej nie jest sądzony ani skazany. Sprawa anonimów już na zawsze pozostaje dla mnie tajemnicą i nigdy nie poznam kto był ich nadawcą.

Po kilku miesiącach odbywania kary, za dobre sprawowanie, Picker z Reną składają mi wizytę. Rozmawiamy dość dużo o tym co dzieje się poza murami ośrodka.
- A jak ma się Rossek? - pytam o syna.
-  Wszystko dobrze. Zaklimatyzował się u nas, a Ana i Nate pokochali go jak brata. Dopełniamy wszystkich formalności, aby na twój czas pobytu tutaj być jego prawnymi opiekunami. - wyjaśnia Rena.
- Ale nie martw się, oddamy Ci go. Wiemy, że go kochasz i nie zrobisz mu krzywdy. Jesteś dobrym człowiekiem, Tay. - dodaje Robbie i chwyta moją dłoń leżącą na stoliku, a Re dokłada na wierzch swoją.
- Jesteśmy z Tobą. - szepta Rena.
- Dziękuję za wszystko. - uśmiecham się do nich.
- Czas odwiedzin się skończył. Proszę ze mną, pani Dean. - strażnik zabiera mnie od nich i znów prowadzi do celi, ale tym razem nie płaczę. Wierzę, że czas spędzony tutaj minie szybko i niebawem odzyskam wolność.


* 5 lat później* 
- Mama! - mały Rossek podbiega do mnie, gdy tylko opuszczam mury więzienia.
- Ross! - biorę go w ramiona i całuję. - Jak ja za Tobą tęskniłam, synku… - mówię i czochram mu grzywkę.
Podnoszę wzrok na szczęśliwych Renę i Robbiego, obejmujących się przy samochodzie. Zauważam też jak Picker ociera łzę spod oka.
- Dobrze Cię widzieć, Tay. - mówi, gdy podchodzę z synem za rękę bliżej do nich.
- Was też dobrze znów widzieć. - ściskam ich obu. - Czas na jakiś domowy obiad, co? - spoglądam na nich.
- Oczywiście. Rena przygotowała swoje słynne vegańskie roladki. Musisz koniecznie ich spróbować. - śmieje się chłopak i otwiera mi drzwi od swojego siedmioosobowego samochodu. Zapinam syna w foteliku i siadam obok.
Ruszamy z miejsca. Czas zacząć żyć na nowo.


---
Witajcie serdecznie.
Minęło naprawdę dużo czasu od kiedy powstał prolog "Lil Lightning", a dziś czytamy epilog czwartej części. Łącznie spędziliśmy razem aż 51 dni (nie licząc ponad pół roku przerwy).
Za nami cztery sezony w tym: 4 prologi + 43 rozdziały + 4 epilogi i fascynująca historia.
Zapewniam, że całość jest fikcją literacką, a wszelka zbieżność wydarzeń jest przypadkowa.
Dziękuję wszystkim, który byli ze mną przez cały ten czas <3
Już niebawem spotkamy się przy okazji mojego nowego opowiadania i kontynuacji "Mistake", w którym 'pomyłek' (od ang. mistakes) będzie jeszcze więcej. Mogę zdradzić tylko, że będziecie zaskoczeni w jakiej roli w "Mistake 2" pojawi się Robbie.
Wszelkie informacje o nowych opowiadaniach zamieszczę tu i właśnie na "Mistake". Upewnijcie się też, że obserwujecie mnie na moich social media (wszystkie dostępne w u dołu bloga), aby nic nie umknęło Waszej uwadze.
Do napisania,
Wiki R5er

2018-05-03

| 4 | 8

Trzy dni później odbywa się pogrzeb Robbiego. Jego rodzice zajęli się małym Rosskiem, ponieważ ja nie byłam w stanie.
Ubrana cała na czarno, zupełnie bez makijażu, we włosach związanych w luźny warkocz, zjawiam się z wielkim wieńcem pogrzebowym w kostnicy. Sama świadomość, że go nie ma tak cholernie boli, aż wykonanie tych kilku kroków z domu do auta i z auta do kostnicy jest trudne.
- Będzie dobrze, Lil. - Nate obejmuje mnie ramieniem. - Tam będzie mu dobrze, nie martw się. Musisz wziąć się w garść, bo wasz syn Cię potrzebuje.
- Wiem Nate, ale nie umiem. Ty nie straciłeś Lizy, więc nie wiesz jak to jest. - odpowiadam.
- Moje kondolencje, Taylor. - Picker podchodzi do mnie i także obejmuje.
- Dziękuję, że jesteście. - odpieram i przecieram nos chusteczką.
- Uspokój się już i nie dobijaj jej jeszcze bardziej. Ona i Ross potrzebują nas teraz. - do moich uszu dobiega głos teścia.
Odwracam się do tyłu i zauważam jak kroczą wraz z braćmi Robbiego w naszą stronę. Starszy z nich Gary niesie wiązankę, a młodszy jedną białą różę. Gdy tylko mnie dostrzegają, obaj mocno mnie przytulają.
- Nie płacz, Robbie by tego nie chciał. - mówi KJ, ocierając z mojego polika spływającą łzę.
- KJ, daj jej spokój. - upomina go Gary. - Jak się trzymasz, Tay? - pyta, chwytając mnie pod ramię.
Przepraszam wzrokiem Pickera i Saisa i kieruję się z braćmi Crebar w głąb kostnicy.
- Jak widać… Jest fatalnie. Dziękuję, że zajmujecie się Rossem. - próbuję się lekko do nich uśmiechnąć. Jestem naprawdę wdzięczna za to.
- Będzie lepiej, zobaczysz. - odpowiada i zatrzymuje się przy trumnie.
Dotykam zimnej dłoni męża i stoję tak w milczeniu przez chwilę. Czuję spływające po mojej twarzy łzy. Nachylam się nad nim i szeptam. Nie chcę, aby inni to słyszeli. To nasza ostatnia "rozmowa".
- Przepraszam. To przeze mnie jesteś gdzie jesteś. Mimo wszystko, gdybym miała zdecydować jeszcze raz, chciałabym być z Tobą. Zawsze będę Cię kochać, Robbie. - cmokam go w usta po raz ostatni i odwracam się od trumny.
Po nabożeństwie w kaplicy, kierujemy się na miejsce pochówku. Ja i jego matka symbolicznie rzucamy garść piasku na trumnę. Obsługa zakładu pogrzebowego odbiera od nas wiązanki i układa na grobie. Gdy kapłan i ekipa pogrzebowa odchodzą, odbieram jeszcze trochę kondolencji i wszyscy kierują się do restauracji na stypę. No może oprócz mnie i Nate'a.
- Jakoś to będzie, Tay... - obejmuje mnie ramieniem. - Musi być. Wszystkim go brakuje, ale trzeba żyć dalej. W końcu mamy dla kogo. - ociera moje ostatnie łzy i zabiera w stronę bramy wyjściowej cmentarza.

Dwa dni później, gdy Ross jest już ze mną, a Picker z Reną i swoją dwójką dzieci są u mnie na herbacie, rozlega się głośne pukanie do drzwi.
- Przepraszam na chwilę. Idę zobaczyć kto to. - wstaję, odstawiając kubek na stolik kawowy i ruszam do drzwi. Otwieram je i widzę dwóch mundurowych. - Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? - pytam, a grubszy z nich wyciąga z moim kierunku kajdanki.
- Jest pani aresztowana pod zarzutem zabójstwa Zachary'ego Adagio, pani Dean. - mówi ten drugi policjant i pomaga mu zakuć mnie w kajdanki.
- Przekażę tylko coś jednej osobie. Nie mogę zostawić syna samego. - odwracam się w stronę salonu.
- Robbie, zajmij się Rossem, póki nie przyjadą moi rodzice, dobrze? - proszę.
- Dobrze Tay, tylko co się dzieje? - zdezorientowany podchodzi bliżej.
- Później Ci wyjaśnię. Muszę iść. - odpieram i pozwalam się wyprowadzić z domu.
Po drodze do radiowozu słyszę rozmowy wścibskich sąsiadek.
- Od zawsze wiedziałam, że coś z nią nie tak... - mówi jedna.
- A zabierzcie tą wiedźmę! - woła druga i pluje w moją stronę.
- Proszę się uspokoić i nie robić sensacji. - funkcjonariusz osłania mnie przez resztę drogi.
Zostaję na siłę wepchnięta na tylne siedzenie, a drzwi zatrzaskują się z hukiem. Teraz jestem już pewna, że to naprawdę koniec.

W areszcie dostaję celę tuż przy strażniku. Siadam zrezygnowana pod ścianą i zaciskam powieki, aby się nie rozpłakać. Tutaj nie można okazywać słabości.
- Taylor… Ej, Taylor… - ktoś szepta moje imię.
Podnoszę wzrok do góry i zauważam w przeciwległej celi Dylana. Tylko co on tu robi?
- Dylan? Co tu się dzieje? Czemu Cię aresztowali? - pytam, podchodząc do krat.
- Myślę, że nie chcesz tego wiedzieć… - odpiera. - Tak samo jak wolałabyś nie słyszeć, że wiem kto zabił Zachary’ego. A uwierz mi, że wiele czasu zajęło mi obmyślenie idealnej zemsty za śmierć kuzyna. - dodaje i wpatruje się we mnie.
Czuję w jego spojrzeniu nienawiść i pogardę.
- Ty nic nie wiesz! - podnoszę głos i próbuję potrząść kratami, ale są za ciężkie. - Zobaczysz, że nic nie zrobiłam! Jestem niewinna! Przeliterować!? Niewinna! Nie zabiłam twojego kuzyna!
- Każdy tak mówi, a potem bach! i dziesięć lat więzienia… - oznajmia i siada na swoim prowizorycznym łóżku. - Zastanów się, czy warto jest znów kłamać, Lil. - dodaje i kładzie się.
- Nie kłamię. - syczę przez zaciśnięte zęby. - A Ty lepiej powiedz… Czemu tu jesteś?
- Dłuuuuuuga historia… - przeciąga litery. - Za długa do opowiadania. - dodaje, wykonując teatralny gest oznaczający "nieważne, więc po co pytasz?", co równie dobrze można uznać za "zobacz mój nowy manicure".
- Gadaj Melody, albo pociągnę Cię na dno razem ze mną. - żądam, nachalnie się w niego wpatrując. - Wiesz doskonale, że jazda bez prawka, po alkoholu jest karalna. A jeszcze bardziej narkotyki. Może i przestałeś brać, ale handlujesz dalej, nie? No właśnie, zło zawsze zostaje w człowieku.
- Nie zawracaj mi głowy, Lil. Wszyscy dobrze wiedzą, że zabiłaś Zacha. A to, że Robbie wiedział wcale nie ułatwiało Wam życia, nie? - podnosi się nieco. Teraz jestem w zasięgu jego wzroku. - Niby Cię kochał, ale jednak wolał jeździć do matki… A co powiesz na to, że twoja "idealna teściowa" spiskowała przeciw Tobie? - maluje w powietrzu niewidzialny cudzysłów. - I na to, że spiskowała ze mną, a twój wścibski mąż o wszystkim się dowiedział? Musiałem go zabić, bo wiedział za wiele. Głupi pseudo detekty…
- Dość! - przerywam mu. - O tym, że teściowa mnie nie lubi, wiedziałam. Ale, że Robbie był wścibski? Nieeee… To niepodobne do niego. - dodaję.
- Jaka Ty jesteś głupiutka, Lil. Wiele rzeczy Ci nie powiedział, bo po co? Może i się zauroczył Tobą, ale nigdy Cię nie kochał. Zawsze byłaś w jego oczach morderczynią. Udawał ze względu na dziecko. - kontynuuje. Z jednej strony, nie mogę już go słuchać. Z drugiej, jestem ciekawa co jeszcze ma do powiedzenia. - Usłyszałem pewnego dnia ich rozmowę, gdy przyjechałem do jego matki, aby ustalić co dalej. Kłócili się. Tamtego dnia zleciła mi, abym pozbył się jego także. Wyznała mi, że oprócz Ciebie, winny jest także Robbie, który z "szczeniackiej miłości" zatuszował prawdę podczas prywatnego śledztwa. Domyślaliśmy się, że tak mogło być. Nic się ze sobą nie kleiło, Tay. Lekarze wyraźnie napisali, że spadł z dużej wysokości, więc niemożliwe było, aby zabił go bezdomny, jak to było w raporcie. Gdy tylko natrafiła się idealna okazja, wszedłem do sali, w której leżał Robbie pod pretekstem posprzątania, w końcu po coś byłem salową, i przepiąłem mu truciznę na miejsce kroplówki. Miło było patrzeć jak umiera, wiesz? Odczułem satysfakcję z tego, że połowa planu już za mną. - milknie na chwilę i spogląda wprost na mnie.
- Kontunuuj. Chcę wiedzieć co planujesz dalej. - zachęcam go i ocieram łzy z twarzy. Śmierć Robbiego jest dla mnie jeszcze zbyt drażliwym tematem.
- Dzisiaj rano zgłosiłem się na policję z oryginalnymi papierami ze sprawy Deana. Dałem im namiary na Ciebie. Nie miałem nic do stracenia. Zemsta jest warta nawet największych poświęceń, dlatego tu jestem. Wiesz… Zawsze mogę jak Ty kiedyś poudawać wariata i nie pójść do więzienia… Chociaż widok Ciebie za kratkami  będzie piękny i chyba oglądanie Ciebie dostającej w głowę stanie się moim hobby. Od salowej Dylan nie uciekniesz. - kończy i odwraca się ode mnie.
Chcę się go jeszcze o coś zapytać, ale już nie reaguje na mnie. Zupełnie zrezygnowana siadam na podłodze pod ścianą i zaczynam płakać. Przez swoją głupotę sprzed lat straciłam wszystko. Rodzinę, przyjaciół i prawdziwą siebie.

2018-05-02

| 4 | 7

Idę do samochodu z Rossem na rękach. Zapinam go w foteliku i wsiadam na miejsce kierowcy. Poprawiam lusterko wsteczne i zgarniam list ze zdjęciem z powrotem do koperty, która ostatecznie ląduje w schowku. Odpalam silnik i ruszam do szpitala.

Zostawiam auto na parkingu podziemnym i jadę windą na piętro do Robbiego. Gdy wysiadam z niej, napotykam się na Dylana, który myje podłogę.
- Dylan? Zostałeś salowym? - pytam zaskoczona.
Owszem, mówił, że matka załatwia mu tu pracę i pewnie na sprzątaniu, ale nie sądziłam, że tak szybko ją dostanie.
- Ekhem... - odchrząkuje. - Salową. - poprawia spódniczkę i fartuch.
Wpatruję się w niego przez chwilę bez słowa. Teraz wszystko zaczyna mi się układać w całość. Te różowawe włosy, niemęskie ubrania... I teraz jeszcze "salowa"... Czemu szybciej nie zorientowałam się, że mój kolega jest transseksualny.
- Wszystko okay, Tay? - pyta, patrząc mi w oczy.
Rossek w moich ramionach zaczyna płakać. Chyba się go wystraszył.
- Chyba tak. - zbywam go. - Idę do Robbiego. - wymijam go i zaczynam kołysać syna. - Cichutko... Już dobrze... To tylko wujek Dylan... - szeptam.
Siadam na krześle przed salą, bo widzę, że jego matka jest wewnątrz.
- O Taylor... - Gary podchodzi do mnie, podobnie jak KJ. Obaj są braćmi Robbiego.
- Hej. - rzucam niemrawo i zaczynam szukać w torebce smoczka.
- Matka zabrała nas tu wszystkich. Boi się, że to może być końcówka. - oznajmia KJ i siada z kubkiem kawy z automatu obok mnie.
Wzdycham tylko. Nie chcę nawet myśleć o tym, że może go przy nas zabraknąć.
- Wiem, że to pewnie dla Ciebie trudne. - ojciec Robbiego Ken obejmuje mnie ramieniem. - Jestem z Tobą, wiesz? - spogląda na mnie z czułością. W przeciwieństwie do swojej żony, on mnie lubi.
- Wiem i dziękuję. - odpieram i zerkam na Rossa, który właśnie zasnął.
Siedzimy w milczeniu, gdy nagle z sali od Robbiego wychodzi Caprice.
- Przyjechałaś tu z dzieckiem!? - jest oburzona.
- Tak i jestem świadoma, że nie powinnam, ale nie miał kto z nim zostać, a po za tym może jego obecność dobrze wpłynie na Robbiego. - wyjaśniam ze spokojem.
- Nie obchodzi mnie co Ty myślisz! Nie nadajesz się na matkę! - policzkuje mnie.
Mam ochotę jej oddać, ale przypominam sobie o synku. Nie chcę go zbudzić czy zdenerwować.
- Zajmie się tato wnukiem? - pytam, patrząc na teścia.
- Oczywiście, Taylor. - uśmiecha się do mnie i bierze małego.
- Dziękuję. - szeptam i wstaję z miejsca. Mijam teściową bez słowa. Wdanie się z nią w dyskusję nigdy nie kończy się dobrze.
Wchodzę do sali ukochanego i siadam przy jego łóżku.
- Gdybyś wiedział, co tu się dzieje... Nie mam już sił, Robbie... Twoja matka mnie wykańcza... - mówię, a po policzkach płyną mi łzy. - Bez Ciebie jest cholernie trudno... - ocieram brzegiem dłoni łzy. Muszę być silna.
Dotykam delikatnie jego twarzy. Przez ostatni czas strasznie schudł i zrobił się blady, że przypomina porcelanową figurkę. Siedzę przy nim w milczeniu, nie wiem nawet ile czasu. Nagle do sali wchodzi lekarz.
- Dobry wieczór, pani Dean. - mówi, a ja podnoszę na niego wzrok.
- Nie taki dobry... - odburkuję i wstaję. Jestem świadoma, że muszę wyglądać fatalnie, a on to widzi i nie kryje się z tym.
- Niech pani odpocznie. Pani mąż ma dobrą opiekę. - podchodzi do Robbiego.
Odkłada na bok karty pacjentów i zdejmuje z szyi stetoskop. Osłuchuje Robbiego, notuje coś, ogląda obrażenia i znów coś notuje. Gdy kończy, odwraca się do mnie.
- Nie mam zbyt dobrych wieści, nie będę pani oszukiwał. Stan pani męża nie poprawia się. Poczekamy jeszcze trzy dni i jeśli nic się nie zmieni, odłączymy go. Nie ma sensu przedłużać jego cierpienia. - oznajmia, ruszając do wyjścia.
Opadam na krzesło koło łóżka ukochanego i chowam twarz w dłonie. Nie umiemy powstrzymać łez.
Tak krótko byliśmy małżeństwem..., rodziną...
Niespodziewanie czyjeś dłonie dotykają moich ramion.
- Taylor, jest późno. Odwieść Cię? - słyszę głos Dylana.
- Nie, dziękuję. Mam własny samochód. - odpieram, ocierając mokre poliki.
- Jak chcesz. Ale obiecaj, że zaraz pojedziesz. - mówi i zaczyna zamiatać w kącie sali.
Kilka minut później wychodzę. Na korytarzu nie ma rodziny Robbiego, więc zapewne pojechali z małym Rosskiem do siebie. Za wycieraczką w samochodzie znajduję dwie kartki - jedną od KJ-a, że zabrali małego do domu i czekają na mnie, a drugą od anonima.

Jesteś strasznie naiwna Tay... Robbie nigdy nie wróci do Ciebie, a prawda o twojej przeszłości niedługo ujrzy światło dzienne.
Strzeż się, bo być może twój kochany synek Ross także przypłaci twoje grzechy życiem.

Wracam do domu wyczerpana zarówno fizycznie jak i psychicznie. Zrzucam tylko buty i kładę się na łóżku. Pomimo zmęczenia sen nie przychodzi. Zaczynam przeglądać jeszcze raz wszystkie anonimy. Składam ponownie wszystkie elementy podartego zdjęcia i w tle za mną i Robbiem stoi Dylan i… teściowa oraz Picker… Ale czy któreś z nich mogłoby być dla mnie takie podłe? Owszem, teściowa nie przepada za mną, ale to chyba niewystarczający powód do takiego postępowania?
Odkładam wszystko do szuflady i próbuję zasnąć. Przez dłuższy czas leżę z zamkniętymi oczami, aż w końcu mi się udaje.
W środku nocy dostaję telefon od lekarza. Robbie nie żyje.

2018-05-01

| 4 | 6

Czytam najnowszy list i zaczynam składać podarte kawałki zdjęcia. To moja fotografia ślubna z Robbiem. Nic z tego nie rozumiem.
Biorę do ręki leżący obok łańcuszek i oglądam uważnie. Jest złoty z przywieszką w kształcie błyskawicy. Uśmiecham się sama do siebie. Uwielbiam to, że dla najbliższych mogę być "Lil Lightning". Tą małą, niepozorną osobą ze skrytą ogromną siłą.
Zapinam go na szyi i przeglądam w lusterku wstecznym. Moje serce nagle zamiera. Na tylnym siedzeniu jest zmasakrowany Zach, którego ciało już dość mocno uległo rozkładowi. Jego twarz jest przerażająca - nie na końcówki nosa i zębów, przekrwionymi oczami spogląda na mnie złośliwie. Jest zupełnie blady, w niektórych miejscach brak mu skóry i widać tam szkielet. Wydaję z siebie stłumiony krzyk i próbuję otworzyć drzwi od auta, ale są zamknięte. Walę pięścią w szybę, aby ją wybić, ale nie pojawia się na niej żadna rysa.
- Witaj Taylor... - oznajmia chropowatym głosem, jakby zjadł tony piachu, który utknął mu w gardle i oblepił struny głosowe. - Tęskniłaś? - pyta, przysuwając się bliżej mnie.
Serce wali mi jak oszalałe. Z trudem łapię oddech.
- Ty nie żyjesz! Nie ma Cię tu! Nie ma Cię tu! Nie żyjesz! - krzyczę, chowając twarz w dłonie.
- Tylko tak myślisz. Jestem tu po zemstę! - rzuca się na mnie i zaczyna dusić.
Budzę się nagle z krzykiem i łapczywie nabieram powietrza. To był tylko sen. Siadam i rozglądam się, gdzie jestem. To dalej jest moja sypialnia, moje łóżko i chyba nadal jest ten sam dzień. Mały Ross śpi w łóżeczku.
- Dzień dobry. - Nate kuka do pokoju. - Już jesteśmy. Możesz jechać do Robbiego. - oznajmia.
- Wiesz co, chyba nie chcę. - odpieram przypominając sobie sen.
Kłótnia z teściową, spotkanie Dylana i Zachary w aucie nigdy się nie wydarzyły. Być może miały być dla mnie przestrogą.
- Musisz. Zrób to dla niego. Musisz być silna, Lil Lightning. - odpowiada i podchodzi do łóżeczka. - Choć mały. Wujek Nate i wujek Justin się Tobą zajmą. Mamusia musi jechać do tatusia... - mówi, biorąc Rossa na ręce.
Chwilę potem znikają za drzwiami. Wstaję i idę do łazienki. Obmywam twarz zimną wodą i spoglądam w lustro. Łańcuszek z błyskawicą lśni na mojej szyi. Więc to co uznałam za sen wcale nim nie było. Cholera.

Chwilę potem, gdy udaje mi się uspokoić, schodzę do kuchni. Nate karmi Rossa z butelki, a Justin smaży jajecznicę.
- Siadaj Tay, zaraz śniadanie. - oznajmia Muncy, nakładając danie na talerze. Stawia je na stole i spogląda na mnie.
- Powiedz jej. - rzuca Sais.
- O co chodzi? - pytam zdezorientowana.
- O wczoraj. - wyjaśnia Jus, biorąc kęs posiłku do ust.
- Wczoraj? - jestem zaskoczona, ale potem przypomina mi się co się wydarzyło. Nie wiem jak znalazłam się w domu.
- No wczoraj. Zniknęłaś i długo nie wracałaś. Położyliśmy Rossa spać i poszliśmy zobaczyć gdzie jesteś. Byłaś nieprzytomna w samochodzie, a koło Ciebie leżał list i podarte zdjęcie. Zanieśliśmy Cię do domu, gdzie się ocknęłaś. Mówiłaś coś o Zacharym. Przecież to niemożliwe, żeby Cię zaatakował, skoro nie żyje! Myślę, że naprawdę musisz zgłosić anonimy na policję i iść do psychiatry. Nie oszukuj się Tay, jak tak dalej pójdzie to ktoś na Ciebie doniesie i stracisz syna, a tego chyba nie chcesz! - podnosi ton głosu.
- Uważasz, że jestem wariatką!? - zrywam się z miejsca.
- Nie, to nie tak, Tay. Chcemy Ci tylko pomóc. - prostuje spokojnie.
- Jasne. - prycham i biorę od Nate'a syna. - Dziś jedzie ze mną do Robbiego. - oznajmiam i wychodzę.
Muszę być silna i radzić sobie ze wszystkim sama.