2018-05-01

| 4 | 6

Czytam najnowszy list i zaczynam składać podarte kawałki zdjęcia. To moja fotografia ślubna z Robbiem. Nic z tego nie rozumiem.
Biorę do ręki leżący obok łańcuszek i oglądam uważnie. Jest złoty z przywieszką w kształcie błyskawicy. Uśmiecham się sama do siebie. Uwielbiam to, że dla najbliższych mogę być "Lil Lightning". Tą małą, niepozorną osobą ze skrytą ogromną siłą.
Zapinam go na szyi i przeglądam w lusterku wstecznym. Moje serce nagle zamiera. Na tylnym siedzeniu jest zmasakrowany Zach, którego ciało już dość mocno uległo rozkładowi. Jego twarz jest przerażająca - nie na końcówki nosa i zębów, przekrwionymi oczami spogląda na mnie złośliwie. Jest zupełnie blady, w niektórych miejscach brak mu skóry i widać tam szkielet. Wydaję z siebie stłumiony krzyk i próbuję otworzyć drzwi od auta, ale są zamknięte. Walę pięścią w szybę, aby ją wybić, ale nie pojawia się na niej żadna rysa.
- Witaj Taylor... - oznajmia chropowatym głosem, jakby zjadł tony piachu, który utknął mu w gardle i oblepił struny głosowe. - Tęskniłaś? - pyta, przysuwając się bliżej mnie.
Serce wali mi jak oszalałe. Z trudem łapię oddech.
- Ty nie żyjesz! Nie ma Cię tu! Nie ma Cię tu! Nie żyjesz! - krzyczę, chowając twarz w dłonie.
- Tylko tak myślisz. Jestem tu po zemstę! - rzuca się na mnie i zaczyna dusić.
Budzę się nagle z krzykiem i łapczywie nabieram powietrza. To był tylko sen. Siadam i rozglądam się, gdzie jestem. To dalej jest moja sypialnia, moje łóżko i chyba nadal jest ten sam dzień. Mały Ross śpi w łóżeczku.
- Dzień dobry. - Nate kuka do pokoju. - Już jesteśmy. Możesz jechać do Robbiego. - oznajmia.
- Wiesz co, chyba nie chcę. - odpieram przypominając sobie sen.
Kłótnia z teściową, spotkanie Dylana i Zachary w aucie nigdy się nie wydarzyły. Być może miały być dla mnie przestrogą.
- Musisz. Zrób to dla niego. Musisz być silna, Lil Lightning. - odpowiada i podchodzi do łóżeczka. - Choć mały. Wujek Nate i wujek Justin się Tobą zajmą. Mamusia musi jechać do tatusia... - mówi, biorąc Rossa na ręce.
Chwilę potem znikają za drzwiami. Wstaję i idę do łazienki. Obmywam twarz zimną wodą i spoglądam w lustro. Łańcuszek z błyskawicą lśni na mojej szyi. Więc to co uznałam za sen wcale nim nie było. Cholera.

Chwilę potem, gdy udaje mi się uspokoić, schodzę do kuchni. Nate karmi Rossa z butelki, a Justin smaży jajecznicę.
- Siadaj Tay, zaraz śniadanie. - oznajmia Muncy, nakładając danie na talerze. Stawia je na stole i spogląda na mnie.
- Powiedz jej. - rzuca Sais.
- O co chodzi? - pytam zdezorientowana.
- O wczoraj. - wyjaśnia Jus, biorąc kęs posiłku do ust.
- Wczoraj? - jestem zaskoczona, ale potem przypomina mi się co się wydarzyło. Nie wiem jak znalazłam się w domu.
- No wczoraj. Zniknęłaś i długo nie wracałaś. Położyliśmy Rossa spać i poszliśmy zobaczyć gdzie jesteś. Byłaś nieprzytomna w samochodzie, a koło Ciebie leżał list i podarte zdjęcie. Zanieśliśmy Cię do domu, gdzie się ocknęłaś. Mówiłaś coś o Zacharym. Przecież to niemożliwe, żeby Cię zaatakował, skoro nie żyje! Myślę, że naprawdę musisz zgłosić anonimy na policję i iść do psychiatry. Nie oszukuj się Tay, jak tak dalej pójdzie to ktoś na Ciebie doniesie i stracisz syna, a tego chyba nie chcesz! - podnosi ton głosu.
- Uważasz, że jestem wariatką!? - zrywam się z miejsca.
- Nie, to nie tak, Tay. Chcemy Ci tylko pomóc. - prostuje spokojnie.
- Jasne. - prycham i biorę od Nate'a syna. - Dziś jedzie ze mną do Robbiego. - oznajmiam i wychodzę.
Muszę być silna i radzić sobie ze wszystkim sama.

1 komentarz:

  1. Opis Zacharego *-* Sztuka w czystej postaci!
    Ktoś się ostro mści na Tay...
    Czekam co dalej.
    Buziaki *-*

    OdpowiedzUsuń