Czytam najnowszy list i zaczynam składać podarte kawałki zdjęcia. To
moja fotografia ślubna z Robbiem. Nic z tego nie rozumiem.
Biorę do ręki leżący obok łańcuszek i oglądam uważnie. Jest złoty z
przywieszką w kształcie błyskawicy. Uśmiecham się sama do siebie. Uwielbiam to,
że dla najbliższych mogę być "Lil Lightning". Tą małą, niepozorną
osobą ze skrytą ogromną siłą.
Zapinam go na szyi i przeglądam w lusterku wstecznym. Moje serce nagle
zamiera. Na tylnym siedzeniu jest zmasakrowany Zach, którego ciało już dość
mocno uległo rozkładowi. Jego twarz jest przerażająca - nie na końcówki nosa i
zębów, przekrwionymi oczami spogląda na mnie złośliwie. Jest zupełnie blady, w
niektórych miejscach brak mu skóry i widać tam szkielet. Wydaję z siebie
stłumiony krzyk i próbuję otworzyć drzwi od auta, ale są zamknięte. Walę
pięścią w szybę, aby ją wybić, ale nie pojawia się na niej żadna rysa.
- Witaj Taylor... - oznajmia chropowatym głosem, jakby zjadł tony
piachu, który utknął mu w gardle i oblepił struny głosowe. - Tęskniłaś? - pyta,
przysuwając się bliżej mnie.
Serce wali mi jak oszalałe. Z trudem łapię oddech.
- Ty nie żyjesz! Nie ma Cię tu! Nie ma Cię tu! Nie żyjesz! - krzyczę,
chowając twarz w dłonie.
- Tylko tak myślisz. Jestem tu po zemstę! - rzuca się na mnie i
zaczyna dusić.
Budzę się nagle z krzykiem i łapczywie nabieram powietrza. To był
tylko sen. Siadam i rozglądam się, gdzie jestem. To dalej jest moja sypialnia,
moje łóżko i chyba nadal jest ten sam dzień. Mały Ross śpi w łóżeczku.
- Dzień dobry. - Nate kuka do pokoju. - Już jesteśmy. Możesz jechać do
Robbiego. - oznajmia.
- Wiesz co, chyba nie chcę. - odpieram przypominając sobie sen.
Kłótnia z teściową, spotkanie Dylana i Zachary w aucie nigdy się nie
wydarzyły. Być może miały być dla mnie przestrogą.
- Musisz. Zrób to dla niego. Musisz być silna, Lil Lightning. -
odpowiada i podchodzi do łóżeczka. - Choć mały. Wujek Nate i wujek Justin się
Tobą zajmą. Mamusia musi jechać do tatusia... - mówi, biorąc Rossa na ręce.
Chwilę potem znikają za drzwiami. Wstaję i idę do łazienki. Obmywam
twarz zimną wodą i spoglądam w lustro. Łańcuszek z błyskawicą lśni na mojej
szyi. Więc to co uznałam za sen wcale nim nie było. Cholera.
Chwilę potem, gdy udaje mi się uspokoić, schodzę do kuchni. Nate karmi
Rossa z butelki, a Justin smaży jajecznicę.
- Siadaj Tay, zaraz śniadanie. - oznajmia Muncy, nakładając danie na
talerze. Stawia je na stole i spogląda na mnie.
- Powiedz jej. - rzuca Sais.
- O co chodzi? - pytam zdezorientowana.
- O wczoraj. - wyjaśnia Jus, biorąc kęs posiłku do ust.
- Wczoraj? - jestem zaskoczona, ale potem przypomina mi się co się
wydarzyło. Nie wiem jak znalazłam się w domu.
- No wczoraj. Zniknęłaś i długo nie wracałaś. Położyliśmy Rossa spać i
poszliśmy zobaczyć gdzie jesteś. Byłaś nieprzytomna w samochodzie, a koło
Ciebie leżał list i podarte zdjęcie. Zanieśliśmy Cię do domu, gdzie się
ocknęłaś. Mówiłaś coś o Zacharym. Przecież to niemożliwe, żeby Cię zaatakował,
skoro nie żyje! Myślę, że naprawdę musisz zgłosić anonimy na policję i iść do
psychiatry. Nie oszukuj się Tay, jak tak dalej pójdzie to ktoś na Ciebie
doniesie i stracisz syna, a tego chyba nie chcesz! - podnosi ton głosu.
- Uważasz, że jestem wariatką!? - zrywam się z miejsca.
- Nie, to nie tak, Tay. Chcemy Ci tylko pomóc. - prostuje spokojnie.
- Jasne. - prycham i biorę od Nate'a syna. - Dziś jedzie ze mną do Robbiego.
- oznajmiam i wychodzę.
Muszę być silna i radzić sobie ze wszystkim sama.
Opis Zacharego *-* Sztuka w czystej postaci!
OdpowiedzUsuńKtoś się ostro mści na Tay...
Czekam co dalej.
Buziaki *-*