2018-04-30

| 4 | 5

Siedzę przy szpitalnym łóżku, a po moich polikach płyną łzy. Nagle czuję, że Robbie ściska delikatnie moją dłoń. Podnoszę na niego wzrok i widzę, że otwiera oczy.
- Tay... - szepcze.
- Nic nie mów kochanie. - odpieram i wolną ręką ocieram łzy, aby nie widział, że płakałam.
- Tay... Uważaj na siebie. Zach chciał mnie zabić. - wyznaje i znów zamyka oczy nim zdążam się odezwać. Mam tyle pytań.
Maszyny zaczynają głośno pikać, a po chwili do sali wpada lekarz z dwoma pielęgniarkami. Jedna z nich wypycha mnie za drzwi.
Z żałością przyklejam się do szyby i próbuję zobaczyć co dzieje się wewnątrz sali.
- Jak zwykle to wszystko twoja wina! - Caprice nagle staje za mną.
- Moja wina, tak!? Niby w czym!? W tym, że kocham twojego syna!? - podnoszę na nią głos.
- Tym najbardziej! I tym, że tak go zauroczyłaś! Gdyby Cię nie poznał, unikł by tych wszystkich problemów! Jest młody, całe życie przed nim, z utknął z morderczynią i dzieckiem! Pewnie jeszcze nie swoim, co!? - krzyczy na mnie.
- Nie ufasz mi, to oczywiste. Ale nie musisz. - odpieram i odsuwam się od drzwi. - Pomyśl, twój syn umiera, a Ty kłócisz się z jego żoną o błahostki. Nie rozumiem Cię i pewnie to się nie zmieni. Ale do cholery, daj mi spokojnie żyć! Nie będę twoją idealną ewangelicką synową! - policzkuję ją.
- Brak Ci szacunku! Wynoś się stąd! - popycha mnie.
- Wyjdę, oczywiście. Ale mam jeden warunek. Nigdy więcej nie staniesz w moim progu. - odpowiadam ostro i odwracam się od niej.
Idę korytarzem. Po drodze znów natykam się na Dylana.
- Ej, ej, ej! Taylor! - łapie mnie za nadgarstek. - Co znowu? Ta baba? - pyta z troską.
- A żebyś wiedział. - odburkuję i wsiadam do windy.
- Jeśli będziesz mnie potrzebować, zadzwoń. - wtyka mi do kieszeni spodni kartkę z numerem.
Drzwi zamykają się i zjeżdżam na podziemny parking. Zatrzymuję się przy samochodzie i zauważam za wycieraczką kopertę. Wyjmuję ją i siadam za kierownicą. Rzucam swoje rzeczy na siedzenie obok i ruszam.

Wracam do domu. Odkładam kluczyki na szafkę w przedpokoju i idę do salonu.
- Już jesteś? - pyta zaskoczony Nate.
- Tak. I jak zwykle przez teściową. - odpieram i padam na kanapę obok Justina, który karmi akurat małego Rossa mlekiem z butelki.
- Musisz być silna, lil. - mówi Sais, siadając obok. - Uwierz, mnie matka Lizy też niezbyt lubi. Ciągle nie jestem dla niej idealnym Żydem, chociaż urodziłem się nim!
Uśmiecham się na jego słowa. Kto jak kto, umie mnie zrozumieć, choć nie zawsze się dogadujemy.
- Chcecie coś do zjedzenia? - pytam, podnosząc się.
- Nie, jedliśmy już. - odpowiada Justin i podaje Nate'owi pustą butelkę.
Idę do kuchni, ale nie z zamiarem jedzenia. Wyjmuję z kieszeni numer Dylana i wpisuję do telefonu. Stoję oparta o blat, analizując dzisiejszy dzień. Przypominam sobie o kopercie, którą znalazłam po wyjściu od Robbiego. Cofam się po nią do auta i tam sprawdzam jej zawartość. Wysypuję na miejsce obok siebie kawałki podartego zdjęcia, list i łańcuszek. Zaczynam od listu. Rozkładam go i zaczynam czytać.
Droga Lil Lightning,
może i poprzednie anonimy napędziły Ci sporo strachu, ten nie powinien.
Wszystkie te groźby miały zmusić Cię do przyznania się do popełnionego czynu. Ale skoro tym Cię nie przekonam, to może po dobroci da radę.
Jeśli uda Ci się złożyć to zdjęcie, dowiesz się czegoś więcej o mnie. A łańcuszek zachowaj. To miał być upominek dla Ciebie na ślub tylko, że zagubił się w transporcie.
Trzymaj się i uważaj. Jeśli nie ja, to twoja teściowa lub Dylan zrobią Ci krzywdę.

Zaczynam składać zdjęcie i przeżywam szok. To moja fotografia ślubna z Robbiem.

1 komentarz:

  1. Ten tajemniczy ktoś zawęził grono podejrzanych! I wśród nich jest Dylan...
    Myślę, że Picker ma coś z tym wspólnego...
    Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń