Idę do samochodu z Rossem na rękach. Zapinam go w foteliku i wsiadam
na miejsce kierowcy. Poprawiam lusterko wsteczne i zgarniam list ze zdjęciem z
powrotem do koperty, która ostatecznie ląduje w schowku. Odpalam silnik i
ruszam do szpitala.
Zostawiam auto na parkingu podziemnym i jadę windą na piętro do Robbiego. Gdy wysiadam z niej, napotykam się na Dylana, który myje podłogę.
- Dylan? Zostałeś salowym? - pytam zaskoczona.
Owszem, mówił, że matka załatwia mu tu pracę i pewnie na sprzątaniu,
ale nie sądziłam, że tak szybko ją dostanie.
- Ekhem... - odchrząkuje. - Salową. - poprawia spódniczkę i fartuch.
Wpatruję się w niego przez chwilę bez słowa. Teraz wszystko zaczyna mi
się układać w całość. Te różowawe włosy, niemęskie ubrania... I teraz jeszcze
"salowa"... Czemu szybciej nie zorientowałam się, że mój kolega jest
transseksualny.
- Wszystko okay, Tay? - pyta, patrząc mi w oczy.
Rossek w moich ramionach zaczyna płakać. Chyba się go wystraszył.
- Chyba tak. - zbywam go. - Idę do Robbiego. - wymijam go i zaczynam
kołysać syna. - Cichutko... Już dobrze... To tylko wujek Dylan... - szeptam.
Siadam na krześle przed salą, bo widzę, że jego matka jest wewnątrz.
- O Taylor... - Gary podchodzi do mnie, podobnie jak KJ. Obaj są braćmi Robbiego.
- O Taylor... - Gary podchodzi do mnie, podobnie jak KJ. Obaj są braćmi Robbiego.
- Hej. - rzucam niemrawo i zaczynam szukać w torebce smoczka.
- Matka zabrała nas tu wszystkich. Boi się, że to może być końcówka. -
oznajmia KJ i siada z kubkiem kawy z automatu obok mnie.
Wzdycham tylko. Nie chcę nawet myśleć o tym, że może go przy nas
zabraknąć.
- Wiem, że to pewnie dla Ciebie trudne. - ojciec Robbiego Ken obejmuje
mnie ramieniem. - Jestem z Tobą, wiesz? - spogląda na mnie z czułością. W
przeciwieństwie do swojej żony, on mnie lubi.
- Wiem i dziękuję. - odpieram i zerkam na Rossa, który właśnie zasnął.
Siedzimy w milczeniu, gdy nagle z sali od Robbiego wychodzi Caprice.
- Przyjechałaś tu z dzieckiem!? - jest oburzona.
- Tak i jestem świadoma, że nie powinnam, ale nie miał kto z nim
zostać, a po za tym może jego obecność dobrze wpłynie na Robbiego. - wyjaśniam
ze spokojem.
- Nie obchodzi mnie co Ty myślisz! Nie nadajesz się na matkę! -
policzkuje mnie.
Mam ochotę jej oddać, ale przypominam sobie o synku. Nie chcę go
zbudzić czy zdenerwować.
- Zajmie się tato wnukiem? - pytam, patrząc na teścia.
- Oczywiście, Taylor. - uśmiecha się do mnie i bierze małego.
- Dziękuję. - szeptam i wstaję z miejsca. Mijam teściową bez słowa.
Wdanie się z nią w dyskusję nigdy nie kończy się dobrze.
Wchodzę do sali ukochanego i siadam przy jego łóżku.
- Gdybyś wiedział, co tu się dzieje... Nie mam już sił, Robbie...
Twoja matka mnie wykańcza... - mówię, a po policzkach płyną mi łzy. - Bez
Ciebie jest cholernie trudno... - ocieram brzegiem dłoni łzy. Muszę być silna.
Dotykam delikatnie jego twarzy. Przez ostatni czas strasznie schudł i
zrobił się blady, że przypomina porcelanową figurkę. Siedzę przy nim w
milczeniu, nie wiem nawet ile czasu. Nagle do sali wchodzi lekarz.
- Dobry wieczór, pani Dean. - mówi, a ja podnoszę na niego wzrok.
- Nie taki dobry... - odburkuję i wstaję. Jestem świadoma, że muszę
wyglądać fatalnie, a on to widzi i nie kryje się z tym.
- Niech pani odpocznie. Pani mąż ma dobrą opiekę. - podchodzi do
Robbiego.
Odkłada na bok karty pacjentów i zdejmuje z szyi stetoskop. Osłuchuje
Robbiego, notuje coś, ogląda obrażenia i znów coś notuje. Gdy kończy, odwraca
się do mnie.
- Nie mam zbyt dobrych wieści, nie będę pani oszukiwał. Stan pani męża
nie poprawia się. Poczekamy jeszcze trzy dni i jeśli nic się nie zmieni,
odłączymy go. Nie ma sensu przedłużać jego cierpienia. - oznajmia, ruszając do
wyjścia.
Opadam na krzesło koło łóżka ukochanego i chowam twarz w dłonie. Nie
umiemy powstrzymać łez.
Tak krótko byliśmy małżeństwem..., rodziną...
Niespodziewanie czyjeś dłonie dotykają moich ramion.
- Taylor, jest późno. Odwieść Cię? - słyszę głos Dylana.
- Nie, dziękuję. Mam własny samochód. - odpieram, ocierając mokre
poliki.
- Jak chcesz. Ale obiecaj, że zaraz pojedziesz. - mówi i zaczyna
zamiatać w kącie sali.
Kilka minut później wychodzę. Na korytarzu nie ma rodziny Robbiego,
więc zapewne pojechali z małym Rosskiem do siebie. Za wycieraczką w samochodzie
znajduję dwie kartki - jedną od KJ-a, że zabrali małego do domu i czekają na
mnie, a drugą od anonima.
Jesteś strasznie naiwna Tay... Robbie nigdy nie wróci do Ciebie, a prawda o twojej przeszłości niedługo ujrzy światło dzienne.
Strzeż się, bo być może twój kochany synek
Ross także przypłaci twoje
grzechy życiem.
Wracam do domu wyczerpana zarówno fizycznie jak i psychicznie. Zrzucam
tylko buty i kładę się na łóżku. Pomimo zmęczenia sen nie przychodzi. Zaczynam
przeglądać jeszcze raz wszystkie anonimy. Składam ponownie wszystkie elementy
podartego zdjęcia i w tle za mną i Robbiem stoi Dylan i… teściowa oraz Picker…
Ale czy któreś z nich mogłoby być dla mnie takie podłe? Owszem, teściowa nie
przepada za mną, ale to chyba niewystarczający powód do takiego postępowania?
Odkładam wszystko do szuflady i próbuję zasnąć. Przez dłuższy czas
leżę z zamkniętymi oczami, aż w końcu mi się udaje.
W środku nocy dostaję telefon od lekarza. Robbie nie żyje.
Ojej... Ale szybko Robbie zmarł. To rzeczywiście wszystko zaplątane. Mam owszem teorię, ale to potem...
OdpowiedzUsuńBuziaki:*