Trzy dni później odbywa się pogrzeb Robbiego. Jego rodzice zajęli się
małym Rosskiem, ponieważ ja nie byłam w stanie.
Ubrana cała na czarno, zupełnie bez makijażu, we włosach związanych w
luźny warkocz, zjawiam się z wielkim wieńcem pogrzebowym w kostnicy. Sama
świadomość, że go nie ma tak cholernie boli, aż wykonanie tych kilku kroków z
domu do auta i z auta do kostnicy jest trudne.
- Będzie dobrze, Lil. - Nate obejmuje mnie ramieniem. - Tam będzie mu
dobrze, nie martw się. Musisz wziąć się w garść, bo wasz syn Cię potrzebuje.
- Wiem Nate, ale nie umiem. Ty nie straciłeś Lizy, więc nie wiesz jak
to jest. - odpowiadam.
- Moje kondolencje, Taylor. - Picker podchodzi do mnie i także
obejmuje.
- Dziękuję, że jesteście. - odpieram i przecieram nos chusteczką.
- Uspokój się już i nie dobijaj jej jeszcze bardziej. Ona i Ross
potrzebują nas teraz. - do moich uszu dobiega głos teścia.
Odwracam się do tyłu i zauważam jak kroczą wraz z braćmi Robbiego w
naszą stronę. Starszy z nich Gary niesie wiązankę, a młodszy jedną białą różę.
Gdy tylko mnie dostrzegają, obaj mocno mnie przytulają.
- Nie płacz, Robbie by tego nie chciał. - mówi KJ, ocierając z mojego
polika spływającą łzę.
- KJ, daj jej spokój. - upomina go Gary. - Jak się trzymasz, Tay? -
pyta, chwytając mnie pod ramię.
Przepraszam wzrokiem Pickera i Saisa i kieruję się z braćmi Crebar w
głąb kostnicy.
- Jak widać… Jest fatalnie. Dziękuję, że zajmujecie się Rossem. -
próbuję się lekko do nich uśmiechnąć. Jestem naprawdę wdzięczna za to.
- Będzie lepiej, zobaczysz. - odpowiada i zatrzymuje się przy trumnie.
Dotykam zimnej dłoni męża i stoję tak w milczeniu przez chwilę. Czuję
spływające po mojej twarzy łzy. Nachylam się nad nim i szeptam. Nie chcę, aby
inni to słyszeli. To nasza ostatnia "rozmowa".
- Przepraszam. To przeze mnie jesteś gdzie jesteś. Mimo wszystko,
gdybym miała zdecydować jeszcze raz, chciałabym być z Tobą. Zawsze będę Cię
kochać, Robbie. - cmokam go w usta po raz ostatni i odwracam się od trumny.
Po nabożeństwie w kaplicy, kierujemy się na miejsce pochówku. Ja i
jego matka symbolicznie rzucamy garść piasku na trumnę. Obsługa zakładu
pogrzebowego odbiera od nas wiązanki i układa na grobie. Gdy kapłan i ekipa
pogrzebowa odchodzą, odbieram jeszcze trochę kondolencji i wszyscy kierują się
do restauracji na stypę. No może oprócz mnie i Nate'a.
- Jakoś to będzie, Tay... - obejmuje mnie ramieniem. - Musi być. Wszystkim
go brakuje, ale trzeba żyć dalej. W końcu mamy dla kogo. - ociera moje ostatnie
łzy i zabiera w stronę bramy wyjściowej cmentarza.
Dwa dni później, gdy Ross jest już ze mną, a Picker z Reną i swoją
dwójką dzieci są u mnie na herbacie, rozlega się głośne pukanie do drzwi.
- Przepraszam na chwilę. Idę zobaczyć kto to. - wstaję, odstawiając
kubek na stolik kawowy i ruszam do drzwi. Otwieram je i widzę dwóch
mundurowych. - Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? - pytam, a grubszy z nich
wyciąga z moim kierunku kajdanki.
- Jest pani aresztowana pod zarzutem zabójstwa Zachary'ego Adagio,
pani Dean. - mówi ten drugi policjant i pomaga mu zakuć mnie w kajdanki.
- Przekażę tylko coś jednej osobie. Nie mogę zostawić syna samego. -
odwracam się w stronę salonu.
- Robbie, zajmij się Rossem, póki nie przyjadą moi rodzice, dobrze? -
proszę.
- Dobrze Tay, tylko co się dzieje? - zdezorientowany podchodzi bliżej.
- Później Ci wyjaśnię. Muszę iść. - odpieram i pozwalam się
wyprowadzić z domu.
Po drodze do radiowozu słyszę rozmowy wścibskich sąsiadek.
- Od zawsze wiedziałam, że coś z nią nie tak... - mówi jedna.
- A zabierzcie tą wiedźmę! - woła druga i pluje w moją stronę.
- Proszę się uspokoić i nie robić sensacji. - funkcjonariusz osłania
mnie przez resztę drogi.
Zostaję na siłę wepchnięta na tylne siedzenie, a drzwi zatrzaskują się
z hukiem. Teraz jestem już pewna, że to naprawdę koniec.
W areszcie dostaję celę tuż przy strażniku. Siadam zrezygnowana pod
ścianą i zaciskam powieki, aby się nie rozpłakać. Tutaj nie można okazywać
słabości.
- Taylor… Ej, Taylor… - ktoś szepta moje imię.
Podnoszę wzrok do góry i zauważam w przeciwległej celi Dylana. Tylko
co on tu robi?
- Dylan? Co tu się dzieje? Czemu Cię aresztowali? - pytam, podchodząc
do krat.
- Myślę, że nie chcesz tego wiedzieć… - odpiera. - Tak samo jak
wolałabyś nie słyszeć, że wiem kto zabił Zachary’ego. A uwierz mi, że wiele
czasu zajęło mi obmyślenie idealnej zemsty za śmierć kuzyna. - dodaje i
wpatruje się we mnie.
Czuję w jego spojrzeniu nienawiść i pogardę.
- Ty nic nie wiesz! - podnoszę głos i próbuję potrząść kratami, ale są
za ciężkie. - Zobaczysz, że nic nie zrobiłam! Jestem niewinna! Przeliterować!? Niewinna! Nie zabiłam twojego kuzyna!
- Każdy tak mówi, a potem bach! i dziesięć lat więzienia… - oznajmia i
siada na swoim prowizorycznym łóżku. - Zastanów się, czy warto jest znów
kłamać, Lil. - dodaje i kładzie się.
- Nie kłamię. - syczę przez zaciśnięte zęby. - A Ty lepiej powiedz…
Czemu tu jesteś?
- Dłuuuuuuga historia… - przeciąga litery. - Za długa do opowiadania.
- dodaje, wykonując teatralny gest oznaczający "nieważne, więc po co
pytasz?", co równie dobrze można uznać za "zobacz mój nowy manicure".
- Gadaj Melody, albo pociągnę Cię na dno razem ze mną. - żądam,
nachalnie się w niego wpatrując. - Wiesz doskonale, że jazda bez prawka, po
alkoholu jest karalna. A jeszcze bardziej narkotyki. Może i przestałeś brać, ale
handlujesz dalej, nie? No właśnie, zło zawsze zostaje w człowieku.
- Nie zawracaj mi głowy, Lil. Wszyscy dobrze wiedzą, że zabiłaś Zacha.
A to, że Robbie wiedział wcale nie ułatwiało Wam życia, nie? - podnosi się
nieco. Teraz jestem w zasięgu jego wzroku. - Niby Cię kochał, ale jednak wolał
jeździć do matki… A co powiesz na to, że twoja "idealna teściowa" spiskowała
przeciw Tobie? - maluje w powietrzu niewidzialny cudzysłów. - I na to, że
spiskowała ze mną, a twój wścibski mąż o wszystkim się dowiedział? Musiałem go
zabić, bo wiedział za wiele. Głupi pseudo detekty…
- Dość! - przerywam mu. - O tym, że teściowa mnie nie lubi,
wiedziałam. Ale, że Robbie był wścibski? Nieeee… To niepodobne do niego. -
dodaję.
- Jaka Ty jesteś głupiutka, Lil. Wiele rzeczy Ci nie powiedział, bo po
co? Może i się zauroczył Tobą, ale nigdy Cię nie kochał. Zawsze byłaś w jego
oczach morderczynią. Udawał ze względu na dziecko. - kontynuuje. Z jednej
strony, nie mogę już go słuchać. Z drugiej, jestem ciekawa co jeszcze ma do
powiedzenia. - Usłyszałem pewnego dnia ich rozmowę, gdy przyjechałem do jego
matki, aby ustalić co dalej. Kłócili się. Tamtego dnia zleciła mi, abym pozbył
się jego także. Wyznała mi, że oprócz Ciebie, winny jest także Robbie, który z "szczeniackiej
miłości" zatuszował prawdę podczas prywatnego śledztwa. Domyślaliśmy się,
że tak mogło być. Nic się ze sobą nie kleiło, Tay. Lekarze wyraźnie napisali,
że spadł z dużej wysokości, więc niemożliwe było, aby zabił go bezdomny, jak to
było w raporcie. Gdy tylko natrafiła się idealna okazja, wszedłem do sali, w
której leżał Robbie pod pretekstem posprzątania, w końcu po coś byłem salową, i
przepiąłem mu truciznę na miejsce kroplówki. Miło było patrzeć jak umiera,
wiesz? Odczułem satysfakcję z tego, że połowa planu już za mną. - milknie na
chwilę i spogląda wprost na mnie.
- Kontunuuj. Chcę wiedzieć co planujesz dalej. - zachęcam go i ocieram
łzy z twarzy. Śmierć Robbiego jest dla mnie jeszcze zbyt drażliwym tematem.
- Dzisiaj rano zgłosiłem się na policję z oryginalnymi papierami ze
sprawy Deana. Dałem im namiary na Ciebie. Nie miałem nic do stracenia. Zemsta
jest warta nawet największych poświęceń, dlatego tu jestem. Wiesz… Zawsze mogę
jak Ty kiedyś poudawać wariata i nie pójść do więzienia… Chociaż widok Ciebie
za kratkami będzie piękny i chyba
oglądanie Ciebie dostającej w głowę stanie się moim hobby. Od salowej Dylan nie
uciekniesz. - kończy i odwraca się ode mnie.
Chcę się go jeszcze o coś zapytać, ale już nie reaguje na mnie.
Zupełnie zrezygnowana siadam na podłodze pod ścianą i zaczynam płakać. Przez
swoją głupotę sprzed lat straciłam wszystko. Rodzinę, przyjaciół i prawdziwą
siebie.
Jej... Jaki smutny rozdział...
OdpowiedzUsuńI jednak Dylan! Ciekawe co jeszcze dalej...
Buziaki. Do jutra!