2018-04-30

| 4 | 5

Siedzę przy szpitalnym łóżku, a po moich polikach płyną łzy. Nagle czuję, że Robbie ściska delikatnie moją dłoń. Podnoszę na niego wzrok i widzę, że otwiera oczy.
- Tay... - szepcze.
- Nic nie mów kochanie. - odpieram i wolną ręką ocieram łzy, aby nie widział, że płakałam.
- Tay... Uważaj na siebie. Zach chciał mnie zabić. - wyznaje i znów zamyka oczy nim zdążam się odezwać. Mam tyle pytań.
Maszyny zaczynają głośno pikać, a po chwili do sali wpada lekarz z dwoma pielęgniarkami. Jedna z nich wypycha mnie za drzwi.
Z żałością przyklejam się do szyby i próbuję zobaczyć co dzieje się wewnątrz sali.
- Jak zwykle to wszystko twoja wina! - Caprice nagle staje za mną.
- Moja wina, tak!? Niby w czym!? W tym, że kocham twojego syna!? - podnoszę na nią głos.
- Tym najbardziej! I tym, że tak go zauroczyłaś! Gdyby Cię nie poznał, unikł by tych wszystkich problemów! Jest młody, całe życie przed nim, z utknął z morderczynią i dzieckiem! Pewnie jeszcze nie swoim, co!? - krzyczy na mnie.
- Nie ufasz mi, to oczywiste. Ale nie musisz. - odpieram i odsuwam się od drzwi. - Pomyśl, twój syn umiera, a Ty kłócisz się z jego żoną o błahostki. Nie rozumiem Cię i pewnie to się nie zmieni. Ale do cholery, daj mi spokojnie żyć! Nie będę twoją idealną ewangelicką synową! - policzkuję ją.
- Brak Ci szacunku! Wynoś się stąd! - popycha mnie.
- Wyjdę, oczywiście. Ale mam jeden warunek. Nigdy więcej nie staniesz w moim progu. - odpowiadam ostro i odwracam się od niej.
Idę korytarzem. Po drodze znów natykam się na Dylana.
- Ej, ej, ej! Taylor! - łapie mnie za nadgarstek. - Co znowu? Ta baba? - pyta z troską.
- A żebyś wiedział. - odburkuję i wsiadam do windy.
- Jeśli będziesz mnie potrzebować, zadzwoń. - wtyka mi do kieszeni spodni kartkę z numerem.
Drzwi zamykają się i zjeżdżam na podziemny parking. Zatrzymuję się przy samochodzie i zauważam za wycieraczką kopertę. Wyjmuję ją i siadam za kierownicą. Rzucam swoje rzeczy na siedzenie obok i ruszam.

Wracam do domu. Odkładam kluczyki na szafkę w przedpokoju i idę do salonu.
- Już jesteś? - pyta zaskoczony Nate.
- Tak. I jak zwykle przez teściową. - odpieram i padam na kanapę obok Justina, który karmi akurat małego Rossa mlekiem z butelki.
- Musisz być silna, lil. - mówi Sais, siadając obok. - Uwierz, mnie matka Lizy też niezbyt lubi. Ciągle nie jestem dla niej idealnym Żydem, chociaż urodziłem się nim!
Uśmiecham się na jego słowa. Kto jak kto, umie mnie zrozumieć, choć nie zawsze się dogadujemy.
- Chcecie coś do zjedzenia? - pytam, podnosząc się.
- Nie, jedliśmy już. - odpowiada Justin i podaje Nate'owi pustą butelkę.
Idę do kuchni, ale nie z zamiarem jedzenia. Wyjmuję z kieszeni numer Dylana i wpisuję do telefonu. Stoję oparta o blat, analizując dzisiejszy dzień. Przypominam sobie o kopercie, którą znalazłam po wyjściu od Robbiego. Cofam się po nią do auta i tam sprawdzam jej zawartość. Wysypuję na miejsce obok siebie kawałki podartego zdjęcia, list i łańcuszek. Zaczynam od listu. Rozkładam go i zaczynam czytać.
Droga Lil Lightning,
może i poprzednie anonimy napędziły Ci sporo strachu, ten nie powinien.
Wszystkie te groźby miały zmusić Cię do przyznania się do popełnionego czynu. Ale skoro tym Cię nie przekonam, to może po dobroci da radę.
Jeśli uda Ci się złożyć to zdjęcie, dowiesz się czegoś więcej o mnie. A łańcuszek zachowaj. To miał być upominek dla Ciebie na ślub tylko, że zagubił się w transporcie.
Trzymaj się i uważaj. Jeśli nie ja, to twoja teściowa lub Dylan zrobią Ci krzywdę.

Zaczynam składać zdjęcie i przeżywam szok. To moja fotografia ślubna z Robbiem.

2018-04-29

| 4 | 4

Lekarz każe opuścić nam salę i wrócić rano, ale ja nie chcę, więc siadam na korytarzu.
- Taylor, mały Ross Cię potrzebuje. Musisz wrócić do domu. - oznajmia Nate.
- Wiem, ale Robbie też mnie potrzebuje. - odpieram.
- Robbie ma tu dobrą opiekę. Nie martw się. Nate ma rację. Musisz wrócić. - Justin przysiada się obok mnie i chwyta za rękę. - Wrócisz do niego z samego rana, a my z Natem zostaniemy z małym. Będzie dobrze, Tay. - przytula mnie i podnosi z krzesła. - Chodź, idziemy. Nie bądź uparta. - prowadzi mnie do wyjścia.
Na parkingu Nate zabiera mi kluczyki i wsiada za kierownicę. Jus siada ze mną z tyłu i obejmuje. Nie wytrzymuję i rozklejam się totalnie.
- On nie przeżyje, czuję to... - szlocham. - To powinno przydarzyć się mi, nie jemu...
- Tay, to nie twoja wina. Nie płacz. Musisz być teraz silna. Dla nich obu. - głaszcze mnie po głowie i ociera łzy z policzków.
Wiem, że mogę na niego liczyć. Że cokolwiek się wydarzy, on zawsze będzie obok.
- Dziękuję, że jesteście. - szeptam.
- Wszystko dla Ciebie, mała błyskawico. - rzuca ze śmiechem Nate.

Z samego rana zgodnie z obietnicą chłopaki zostają z Rossem, a ja jadę od Robbiego. Na korytarzu spotykam matkę Robbiego - Caprice.
- To twoja wina! Jak zwykle, same przez Ciebie kłopoty! - uderza mnie w twarz.
- Moja wina!? Moja!? - krzyczę. - Moja!? Jasne, sama spowodowałam ten wypadek! Przecież ja byłam w domu z Rossem, a on jechał do Ciebie! Głupia byłam, że go puściłam! - policzkuję ją.
- Jasne, zwal wszystko na mnie! Obyś zdechła! Nie zasługujesz na mojego syna! - woła i wchodzi do Robbiego na salę.
Siadam na krześle przed wejściem i biorę kilka głębokich wdechów.
- Wszystko okay? - słyszę czyjś głos, więc podnoszę wzrok.
- Dylan? - jestem zaskoczona.
Dylana znalazłam od dzieciństwa. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Ja musiałam kontynuować naukę, bo tak chciał ojciec, a on wyjechał tworzyć z zespołem.
- Taylor? O jeny, to Ty! - rzuca mi się na szyję. - Tyle lat! Tay! - ściska mnie mocno. - Co się dzieje? - pyta, siadając obok.
- Mój mąż miał wypadek. Nie jest z im najlepiej. - wyjaśniam.
- To niefajnie... Ja przyjechałem do mamy. Pracuje tu. - odpiera.
Wzdycham tylko. Nie mam ochoty rozmawiać, choć tak dawno go nie widziałam.
- Dylan, mógłbyś przynieść mi trochę wody. Kiepsko się czuję. - proszę.
- Pewnie. Zaraz wracam. Nie ruszaj się. - odpowiada i rusza do automatu.
Przynosi mi nieco wody w plastikowym kubeczku.
- Dzięki. - biorę łyk i spoglądam na chłopaka.
Jak dawniej różowawe, długie włosy, nieco make-upu i niezbyt męskie ubrania. Nigdy nie był typowym człowiekiem.
- Zespół się sypie, więc chcę, aby mama wkręciła mnie tutaj. Mogę nawet sprzątać. - opowiada, licząc, że chociaż na chwilę uda mu się odciągnąć mnie od najgorszych myśli.
- Niemożliwe... Tyle razem osiągnęliście... - spoglądam na niego.
- Wiesz, chłopaki zaczęli zakładać rodziny i tak jakoś to wyszło. - wyjaśnia.
- Rodzina... Wiesz, ja nie planowałam w rodziny, ale jak już ją mam to nie chce jej stracić. - wyznaję.
Myślę, że mogę mu ufać. - Potrzebuję tylko trochę wsparcia. Teraz zostałam sama z dzieckiem i nie wiadomo czy tak nie zostanie. - czuję, że pojedyncze łzy spływają mi po twarzy.
- Masz mnie, wiesz? - obejmuje mnie, a w tym momencie od Robbiego wychodzi Caprice.
- A więc to tak!? - rusza szybkim krokiem do mnie. - Robbie może umrzeć! Dzieckiem zajmują się obcy ludzie! A Ty! Ty już zarywasz kolejnego! Wiedziałam, że to zły pomysł, aby wyrzekł się dla Ciebie nazwiska! Wyrzekł się rodziny! Dla Ciebie! Dobry Boże! - siada, wachlując się.
- Wyjaśniłabym wszystko, ale myślę, że to i tak nic nie da. Nigdy mnie nie zaakceptujesz, nie? - wstaję i idę do Robbiego.
Siadam przy jego łóżku, chwytam dłoń i zaczynam płakać. Mam tego wszystkiego dość. Te wszystkie anonimy, ten wypadek, ta nienawiść teściowej... Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Czasami chciałabym, żeby te wszystkie groźby, że umrę się spełniły... A czasami, aby to wszystko się nie wydarzyło. Chciałabym inne życie, ale co kogo obchodzi co chcę? Nawet nie Boga. Nie wiem zupełnie czemu Caprice w niego tak wierzy...
Czuję, że Robbie ściska delikatnie moją dłoń. Podnoszę na niego wzrok i widzę, że otwiera oczy.
- Tay... - szepcze.

2018-04-28

| 4 | 3

- Tay, proszę. - Rena podaje mi szklankę wody, gdy tylko otwieram oczy i podnoszę do pozycji siedzącej.
Upijam łyk wody i rozglądam się po pomieszczeniu. Wszyscy moi bliscy patrzą na mnie zmartwieni.
- Ktoś zadzwonił, a potem zemdlałaś. - zaczyna Nate, siadając obok i głaszcząc mnie po ręce. - Pamiętasz co ten ktoś Ci powiedział? Musiał Cię tym zdenerwować... - kontynuuje.
- Nathan, daj jej odpocząć. - wtrąca się Picker.
- Robbie... On... - próbuję jakoś logicznie skleić zdanie, ale nie umiem. Za bardzo się o niego martwię.
- Co Robbie? - pyta Justin, przysiadając na podłodze przy kanapie.
- Jest w szpitalu. - odpieram, a moja matka łapie się za serce i opada na fotel.
- Meredith! - ojciec od razu podbiega do niej i wachluje. - Wody! Przynieście jej wody!
Justin zrywa się z miejsca, a Re i Nate obejmują mnie mocno.
- Nic jej nie będzie, Tay. Uspokój się. - Sais szepcze mi do ucha.
- Nie chcę nic mówić, ale tam ktoś jest. - wskazuje Picker. Wzrok wszystkich zwraca się w stronę okna. Czyjeś wielkie, obłąkane oczy wpatrują się w nas, a konkretnie we mnie.
- Boję się... - zwracam się do Nate'a.
- Nie masz czego. Jesteśmy tu z Tobą. - cmoka mnie w czoło i rusza w stronę okna. Ściąga wszystkie rolety i odwraca się do nas. - I już, po sprawie.
W międzyczasie ojciec pomaga mojej mamie wrócić do siebie.
- Jak to Robbie? Co mu się stało? - pyta już spokojna.
- Nie wiem. Nie powiedzieli mi. Mam przyjechać do szpitala. - odpowiadam i wstaję z miejsca. - Robbie, zostańcie z Reną z dziećmi. Tato, odwieź mamę do domu. Nate i Justin, jedziecie ze mną. - zarządzam i zaczynam się ubierać do wyjścia.
- To zbyt niebezpieczne, Tay. Ktoś Cię obserwuje. - Nate chwyta nie za ramiona.
- Ty nic nie rozumiesz! Gdyby to chodziło o Lizę od razu byś ruszył, nawet gdybyś miał zginąć! Jesteś cholerny, samolubny i nie nadajesz się na przyjaciela! - wyszarpuję mu się i wychodzę.
Wsiadam do auta, a na miejsce pasażera ładuje się Justin.
- Też tego nie pochwalam, ale nie puszczę Cię samej. - oznajmia i zapina pas.
Przekręcam kluczyk w stacyjce i chcę ruszać, gdy na drogę wybiega Nate.
- Przepraszam Tay! - woła i kładzie rękę na bocznej szybie. - Jadę z Wami. - dodaje i chwilę później odjeżdżamy we trójkę.

Wpadam do izby przyjęć i pytam recepcjonistki o Robbiego. Kieruje mnie do sali pooperacyjnej. Docieram pod wskazaną salę i kładę rękę na szybie. Nie mogę do niego wejść. To jeszcze nie czas.
- Pani Dean? - pyta wysoki lekarz, patrząc na mnie.
- Tak. Co z nim? - pytam od razu.
Czuję jak Nate obejmuje mnie w ramionach.
- Nie najlepiej. Od świadków wydarzenia dowiedzieliśmy się, że miał wypadek, a sprawca zdarzenia zamiast mu pomóc, zaatakował go z nożem. Doznał poważnych obrażeń. Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale to najbliższa doba jest decydująca. - odpowiada.
Osuwam się na kolana i chowam twarz w dłonie. Łzy spływają po mojej twarzy strumieniami, rozmazując makijaż.
- Możemy go zobaczyć? - słyszę głos Justina, przebijający się przez melodyczny głos Nate'a, który stara się mnie uspokoić.
- Tak, ale tylko na chwilę. I weźcie to. - podaje Muncy'emu trzy fartuchy ochronne. - Dosłownie pięć minut i pojedynczo. - dodaje i rusza korytarzem dalej. Zapewne ma więcej pracy niż nam się wydaje.

Justin pierwszy rusza do sali, podczas gdy Nate dalej trzyma mnie w ramionach i uspokaja.
- Będzie dobrze, Tay... Robbie jest silny... W końcu jest detektywem, nie? Da sobie radę... - głaszcze mnie po włosach.
Pięć minut później, pomimo zaleceń lekarza, Nate wchodzi ze mną. Być może dalej się o mnie boi.
Dzisiejszy dzień był trudny.
Siadam przy łóżku męża, chwytam go za rękę i całuję w polik. Nic nie mówię, po prostu patrzę.
- Tay, zobacz. - Nate podaje mi pojemnik z rzeczami, które Robbie miał przy sobie.
- To jego rzeczy! - biorę pudełko do rąk i ostrożnie otwieram.
Wyjmuję obrączkę Robbiego i zakładam mu ją. Jak śmiali mu ją zdjąć? Moją uwagę przykuwa karteczka wsunięta pomiędzy dokumenty. Wyciągam ją i rozkładam. To kolejna kartka od tajemniczego prześladowcy.

JEŚLI PRZEŻYJESZ, WIEDZ, ŻE TO NIE KONIEC. TWOJE ŻYCIE NIGDY JUŻ NIE BĘDZIE TAKIE JAK WCZEŚNIEJ. TY I LIL LIGHTNING ZAPŁACICIE ZA WSZYSTKO CO SIĘ WYDARZYŁO.
JEŚLI JEDNAK POŻEGNASZ SIĘ Z TYM ŚWIATEM...
LIL LIGHTNING UWAŻAJ, BĘDZIESZ NASTĘPNA.
CHYBA, ŻE... JEST SZANSA W OBU PRZYPADKACH... PRZYZNASZ SIĘ DO ZABÓJSTWA ZACHARY'EGO ADAGIO.
P.S. NIE PRÓBUJ DOCIEKAĆ MOJEJ TOŻSAMOŚCI. ŹLE TO SIĘ SKOŃCZY DLA WSZYSTKICH TWOICH BLISKICH.

2018-04-27

| 4 | 2

Przez następny tydzień Robbie pomaga mi z dzieckiem, aż pewnego dnia dostaje telefon.
- Dobrze, przyjadę. Będzie dobrze mamo. - wyłapuję z jego wypowiedzi i chwilę potem Robbie wybiega z domu, rzucając krótkie ‘Nie wiem za ile wrócę. To pilne.’.
Zostaję sama i zaczynam mieć obawy. Czy to przypadkiem nie jest jakaś pułapka? Oczywiście Caprice jako jego matka wiedziała o całej sprawie. Być może też dlatego tak bardzo mnie nie lubi. Być może w jej oczach jestem zwykłą morderczynią.

Popołudniu wpada do mnie Justin, który wczoraj wrócił z tournee po Europie.
- Cześć Lil Lightning. - rzuca, cmokając mnie w polik. - Liczyłem, że będzie Robbie, bo chciałem z nim pogadać. - oznajmia.
- Dziś rano pilnie pojechał do matki. - odpieram i biorę na ręce Rossa. Akurat bawiłam się z nim w salonie grzechotką.
- Kurdę, to ważne. - wzdycha ciężko i spogląda się na nas. - Śliczniusi jesteś, wiesz? Pewnie po mamusi. - delikatnie głaszcze małego po rączce.
- Może mi powiesz o co chodzi? - proponuję.
- No nie wiem Tay. Nie chcę Cię denerwować. Dopiero co urodziłaś. - wyjaśnia.
- Jus, bądź ze mną szczery, proszę. I tak już martwię się o Robbiego, bo ktoś mu grozi. Przysyła ciągle listy z pogróżkami. które on przede mną chowa. - wyjawiam mu sekret.
- Listy z pogróżkami? - jest zaskoczony.
- No tak. A coś się stało? - pytam.
- Wiesz… Ja też jeden dostałem. - wyciąga z kieszeni złożoną kartkę. - Zobacz.
Rozkładam ją i zaczynam czytać.

PRZYJACIEL LIL LIGHTNING, NIE?
KAŻDY KTO ZNA CAŁĄ PRAWDĘ O NIEJ, ALE NIE POWIEDZIAŁ ANI SŁOWA, ŻEBY BYŁA WOLNA, A WINA ZA ŚMIERĆ STAŻYSTY NIE SPADŁA NA NIĄ, ZAPŁACI ZA TO ŻYCIEM. PIERWSZY TEN JEJ GŁUPI CIAPATY, POTEM RODZINA, PRZYJACIELE… CHYBA, ŻE SIĘ W PORĘ OPAMIĘTA.
SPRÓBUJ JĄ OSTRZEC CZY POKAZAĆ TEN LIST, A DOBRZE NIE BĘDZIE.

- Właśnie dlatego nie chciałem Ci mówić. Myślałem, że Robbie jako detektyw mógłby coś zrobić. Ustalić kto to wysłał, powiadomić policję i zapewnić Wam bezpieczeństwo, Tay. - oznajmia, gdy widzi, że składam list.
- Muszę porozmawiać z rodzicami i Natem. Może grozić im śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli tak po prostu to zignoruję. To wszystko zaszło za daleko. Zaproszę ich wszystkich dziś na kolację, a Ty mi pomożesz to przygotować. Zerknij proszę na Rossa, okay? - podaję mu dziecko, wstaję i wychodzę z telefonem zadzwonić.

Wieczorem spotykamy się wszyscy w mojej nie za dużej kuchni.
- Okay, teraz powiem o co chodzi. - zaczynam, a głos mi drży. - Zapewne każde z Was otrzymało ostatnio tajemniczy list ze straszną treścią dotyczącą mnie, Robbiego i Zachary’ego, czyż nie? - kontynuuję.
- Owszem Tay. Ojciec rozmawiał już o tym z Robbiem, ale ten stwierdził, że to tylko głupia zabawa. - wyjaśnia moja matka Meredith.
- Tak nie może być. To nie są żarty. I skoro Robbie ma to gdzieś, sama się tym zajmę, tylko, że potrzebuję waszej pomocy. - oznajmiam.
- Taylor ma rację. To niebezpieczne zignorować to. - wtrąca się Justin.
- Ja w to wchodzę, Tay. - dorzuca Nate.
- Więc jak będzie? - spoglądam na rodziców i Pickera z Reną.
- Zgoda. - decyduje za wszystkich mój tata Ralph.
- Więc… Jutro idziemy wszyscy na policję. Pokażemy im to i niech oni się tym zajmą. - zdradzam swój plan.
W tym momencie rozlega się dźwięk mojego telefonu. Dzwoni nieznany numer. Niepewnie go odbieram.
- Halo, czy to pani Taylor Dean? - kobiecy głos odzywa się w słuchawce.
- Tak. Coś się stało? - pytam przejęta.
- Pani mąż jest w ciężkim stanie w szpitalu. Proszę jak najszybciej przyjechać. - słyszę i nagle czuję, że robi mi się słabo.
Komórka wypada mi z ręki na posadzkę, a Justin z Natem łapią mnie w ostatniej chwili nim tracę przytomność.

2018-04-26

| 4 | 1

Dwa dni później wracam do domu.
Zataiłam przed Robbiem fakt o tej strasznej wiadomości. Wolę go nie martwić. Być może ktoś kto wie o całej sprawie postanowił sobie zażartować ze mnie. Przecież to niemożliwe, żeby Zachary żył. To niemożliwe, żeby chciał się zemścić.
Ale możliwe, że jego rodzina już tak…
Niemożliwe. NIEmożliwe. NIEMOŻLIWE.
Ogarnij się Tay, ogarnij. Robbie i mały Ross Cię teraz potrzebują.
Zablokowuje ten nieznany numer, choć nie przyszedł ani jeden SMS więcej, i odkładam telefon na bok. Wstaję z łóżka i wyciągam Rosska z kołyski. Zmieniam mu pieluchę i zaczynam karmić, gdy do sypialni wraca Robbie z wielką tacą i śniadaniem.
- O, już nie śpisz, Tay. - siada obok mnie. - Zrobiłem Ci pyszne, zdrowe, pełnowartościowe, bezglutenowe śniadanie. Musisz o siebie dbać, młoda mamo. - cmoka mnie w polik i uśmiecha się do synka.
Pokochał go od razu jak tylko się dowiedział. Jeszcze nim urodziłam często siadał obok, przytulał głowę do brzuszka, mówił do niego czy nawet czytał książki.
Ross odsuwa mnie swoją malutką rączką, co ma oznaczać, że już się ‘najadł’. Przytulam go przez chwilę, a potem odkładam do łóżeczka. Wracam na miejsce obok Robbiego i zaczynam jeść.
- Wiesz o czym pomyślałem? Wezmę zaległy urlop i posiedzę z Wami w domu. - oznajmia.
- Ale… Wiesz, że nie musisz. Damy sobie radę. - odpieram i biorę kolejny kęs pełnoziarnistego, bezglutenowego chleba z naturalnym serkiem.
- Tay… Nie bądź uparta, mała błyskawico. Będziesz zmęczona, a tak ja pomogę. Dom i dziecko to za dużo na raz. Chociaż te pierwsze tygodnie. - głaszcze moją dłoń. - Chyba, że wolisz, żeby pomagała Ci moja mama. Wiesz, ona w przeciwieństwie do mnie i twoich rodziców nie pracuje, więc z chęcią to zrobi. - dodaje.
- Błagam, tylko nie Caprice! Ta kobieta ciągle się do mnie czepia. To o to, że na etykiecie jakiegoś produktu, który jem jest napisane ‘może zawierać gluten’. To o to, że jest nie posprzątane. A ostatnio nawet przyczepiła się o to, że piję za dużo wody źródlanej. No bez przesady. - oburzam się.
Teściowa jest naprawdę irytująca. Nie wiem jak Robbie tyle z nią wytrzymał. Ciągle trzymany pod kloszem, ciągle na bezglutenowej zdrowej diecie, ciągle poprawiany, bo nie trzyma się dobrych manier.
- Czyli pozostaje Ci pozwolić mi wziąć urlop. - stwierdza zadowolony. - Z resztą… Już go wziąłem. Twój tata był szczęśliwy, że tak poważnie podchodzę do ojcostwa.
- No tak… Jak zwykle ja dowiaduję się o wszystkim ostatnia, a mój tata wie pierwszy. Czasami się zastanawiam, czy nie dogaduje się lepiej z Tobą niż ze mną… -wzdycham i wstaję. - Idę się trochę ogarnąć. Pogadamy jeszcze później. - zabieram z szafy czyste ubrania i wychodzę do łazienki.

Popołudniu wybieramy się do Robbiego i Reny.
- Cześć Tay! - Re cmoka mnie w polik i wpuszcza nas do domu. - Mały Nate dopiero zasnął. - dodaje i prowadzi nas do salonu. - Siadajcie, proszę. - wskazuje na kanapę i kuka do kuchni przez półściankę. Ostatnio zrobili tu remont. - Kochanie, wstaw wodę. Zrobimy herbatę. A, i wyjmij ciasto z lodówki. - zwraca się do Pickera.
- Już się robi, Re. - odpiera.
- Mam coś dla Ciebie, kruszynko. - Rena pochyla się nad nosidełkiem. - I dla twojej mamusi też. - odwraca się i wyciąga zza kanapy dwie wielkie torby prezentowe i podaje je mi.
Zaglądam do pierwszej z nich. Jest tam duży pluszowy miś i kilka ubranek dla Rossa. W drugiej za to są moje ulubione czekoladki i voucher do SPA.
- Oj Rena, nie musieliście. - odpowiadam. - Ale dziękuję. - przytulam ją.
- Musieliśmy, bo wy chyba wykupiliście pół sklepu dziecięcego, gdy ja urodziłam. - uśmiecha się.
To fakt. Kupiliśmy im drugie łóżeczko, wózek, kilka zabawek i cały ogrom ubranek oraz coś dla małej Any.
- O czym tak plotkujecie? - Picker zjawia się w pokoju z talerzykami i sztućcami.
- O dzieciach. Wiesz jak to dwie młode mamuśki. - rzuca żartobliwie Re.
- A gdzie masz Robbiego, Tay? - spostrzega chłopak.
Rozglądam się wokół. Przed chwilą siedział obok mnie, a teraz go nie ma.
- Pewnie cofnął się do samochodu po coś dla Rossa. - wyjaśniam. - A właśnie, poznajcie się. To jest Ross, a to twój wujek Robbie. - pokazuję maluchowi, choć pewnie i tak nie załapie.
- Miło Cię poznać młody. Będziesz się później kumplował z moim synem Natem i być może założycie zespół jak ja z twoją mamą i twoim wujkiem. A swoją drogą, wiesz, że grałem kiedyś też z twoim tatą. - rozgaduje się, że zupełnie zapomina co ma zrobić, więc Re sama się tym zajmuje.

Jak się okazało miałam rację. Robbie Dean cofnął się tylko do samochodu po torbę z rzeczami Rossa. Spędziliśmy miłe popołudnie z naszymi przyjaciółmi.
- Połóż się już. Ja go przebiorę i też się kładę. - oznajmia Robbie, gdy tylko przekraczamy próg naszego apartamentu, który jest jak prawdziwy dom.
- Okay, okay. - odpieram i kieruję się najpierw jeszcze do łazienki.
Gdy późnym wieczorem, Robbie już śpi, wstaję, żeby nakarmić płaczącego Rossa. W pewnym momencie dostrzegam, że spod służbowych dokumentów Robbiego, wystaje koperta zaadresowana do mnie. Czyżby chciał coś przede mną ukryć? Kołyszę Rosska, aż zasypia i podchodzę do biurka. Wyciągam ostrożnie kopertę i sprawdzam jej zawartość. W środku jest nadpalone zdjęcie Robbiego i list napisany czerwonym atramentem drukowanymi literami.

MYŚLISZ, ŻE TWÓJ PSEUDO-DETEKTYW, PRACUJĄCY JAKO ZASTĘPCA W FIRMIE TWOJEGO OJCA JEST BEZPIECZNY? MYŚLISZ, ŻE BĘDZIECIE RAZEM SZCZĘŚLIWI? A MOŻE WRĘCZ PRZECIWNIE? NIC MU NIE MÓWISZ, BO SIĘ BOISZ CZY DLATEGO, ŻE JUŻ GO NIE KOCHASZ? NIE OSZUKUJ SIĘ TAY, TO MAŁŻEŃSTWO DŁUGO NIE POTRWA. TYLKO CZY JESTEŚ GOTOWA NA AŻ TYLE ZMIAN?

JEŚLI SAMA OD NIEGO ODEJDZIESZ, MOŻESZ GO URATOWAĆ. ŚMIERĆ CZYHA JUŻ NA NIEGO TAM GDZIE SIĘ JEJ NIE SPODZIEWA.

Siadam na podłodze i czytam list po raz kolejny. Jestem coraz bardziej przerażona. Nie chcę znów rozstawać się z Robbiem, ale też nie chcę go stracić. I do cholery, czemu ten ktoś sugeruje, że już go nie kocham.
Pomyślałabym o Zacharym, że jest zazdrosny, ale przecież, na Boga, on nie żyje.
Składam list z powrotem do koperty i odkładam pod dokumenty Robbiego. Niech myśli, że o niczym nie wiem. Może sam znajdzie lepsze rozwiązanie tej sytuacji.

2018-04-25

| 4 | Prolog

Trzy miesiące po ślubie z Robbiem na świat przychodzi nas synek Ross.
- Cześć słońce. Jak się ma nasz okruszek? - pyta Robbie, wchodząc do szpitalnego pokoju.
- Dobrze. Nakarmiłam go i śpi. – odpieram i wskazuję na syna.
- Słodziak. - uśmiecha się i siada na krześle obok mojego łóżka. - Robbie chciał Cię odwiedzić z Re, ale nie mają z kim zostawić dzieci.
Właśnie, Rena urodziła w zeszłym tygodniu braciszka dla Any, którego nazwali Nate po przybranym wujku. Mała Anastasia niezbyt jest zadowolona z rodzeństwa, ale Picker po prostu uwielbia swojego synka.
- Nie szkodzi. My ich odwiedzimy, jak tylko doktor nas wypisze. - odkładam Rossa do ‘łóżeczka’.
- Przywiozłem Ci rzeczy na przebranie, coś dla małego i trochę jedzenia. No i twój ulubiony sok z grapefruita. - opowiada, wyciągając wszystko z niewielkich rozmiarów torby podróżnej.
- Nie musiałeś. Dobrze mnie tu żywią. - uśmiecham się do niego.
- Jasne, jasne, Tay. - śmieje się. - Chcę Cię już w domu. Pusto bez Ciebie. - dodaje, chwytając moją dłoń.
- Ja też chcę już wrócić. Znacznie lepiej śpi się, wiedząc, że jesteś obok. - cmokam go w polik.
W tym momencie moja komórka leżąca na szafce obok daje znak o SMS-ie. Biorę ją niechętnie i sprawdzam kto to.

Od: nieznany numer
Wszystkiego dobrego dla Ciebie i dziecka, ale nie tego głupiego ciapatego. Wasze szczęście długo nie potrwa. Zmarli też mogą się mścić, wiesz?

Szybko blokuję telefon. Moja pierwsza myśl - Zachary.


---
Hej!
Prolog może i krótki, ale już się dzieje.
A teraz czas na krótki sondaż: kto myśli, że Zachary wróci łapka w górę!
Zachęcam także do podawania swoich pomysłów, kto jest nadawcą tajemniczego SMS-a.
Do jutra,
Wiki R5er