Lekarz każe opuścić nam salę i wrócić rano, ale ja nie chcę, więc
siadam na korytarzu.
- Taylor, mały Ross Cię potrzebuje. Musisz wrócić do domu. - oznajmia
Nate.
- Wiem, ale Robbie też mnie potrzebuje. - odpieram.
- Robbie ma tu dobrą opiekę. Nie martw się. Nate ma rację. Musisz
wrócić. - Justin przysiada się obok mnie i chwyta za rękę. - Wrócisz do niego z
samego rana, a my z Natem zostaniemy z małym. Będzie dobrze, Tay. - przytula
mnie i podnosi z krzesła. - Chodź, idziemy. Nie bądź uparta. - prowadzi mnie do
wyjścia.
Na parkingu Nate zabiera mi kluczyki i wsiada za kierownicę. Jus siada
ze mną z tyłu i obejmuje. Nie wytrzymuję i rozklejam się totalnie.
- On nie przeżyje, czuję to... - szlocham. - To powinno przydarzyć się
mi, nie jemu...
- Tay, to nie twoja wina. Nie płacz. Musisz być teraz silna. Dla nich
obu. - głaszcze mnie po głowie i ociera łzy z policzków.
Wiem, że mogę na niego liczyć. Że cokolwiek się wydarzy, on zawsze
będzie obok.
- Dziękuję, że jesteście. - szeptam.
- Wszystko dla Ciebie, mała błyskawico. - rzuca ze śmiechem Nate.
Z samego rana zgodnie z obietnicą chłopaki zostają z Rossem, a ja jadę od Robbiego. Na korytarzu spotykam matkę Robbiego - Caprice.
- To twoja wina! Jak zwykle, same przez Ciebie kłopoty! - uderza mnie
w twarz.
- Moja wina!? Moja!? - krzyczę. - Moja!? Jasne, sama spowodowałam ten
wypadek! Przecież ja byłam w domu z Rossem, a on jechał do Ciebie! Głupia
byłam, że go puściłam! - policzkuję ją.
- Jasne, zwal wszystko na mnie! Obyś zdechła! Nie zasługujesz na
mojego syna! - woła i wchodzi do Robbiego na salę.
Siadam na krześle przed wejściem i biorę kilka głębokich wdechów.
- Wszystko okay? - słyszę czyjś głos, więc podnoszę wzrok.
- Dylan? - jestem zaskoczona.
Dylana znalazłam od dzieciństwa. W pewnym momencie nasze drogi się
rozeszły. Ja musiałam kontynuować naukę, bo tak chciał ojciec, a on wyjechał
tworzyć z zespołem.
- Taylor? O jeny, to Ty! - rzuca mi się na szyję. - Tyle lat! Tay! -
ściska mnie mocno. - Co się dzieje? - pyta, siadając obok.
- Mój mąż miał wypadek. Nie jest z im najlepiej. - wyjaśniam.
- To niefajnie... Ja przyjechałem do mamy. Pracuje tu. - odpiera.
Wzdycham tylko. Nie mam ochoty rozmawiać, choć tak dawno go nie
widziałam.
- Dylan, mógłbyś przynieść mi trochę wody. Kiepsko się czuję. -
proszę.
- Pewnie. Zaraz wracam. Nie ruszaj się. - odpowiada i rusza do
automatu.
Przynosi mi nieco wody w plastikowym kubeczku.
- Dzięki. - biorę łyk i spoglądam na chłopaka.
Jak dawniej różowawe, długie włosy, nieco make-upu i niezbyt męskie
ubrania. Nigdy nie był typowym człowiekiem.
- Zespół się sypie, więc chcę, aby mama wkręciła mnie tutaj. Mogę
nawet sprzątać. - opowiada, licząc, że chociaż na chwilę uda mu się odciągnąć
mnie od najgorszych myśli.
- Niemożliwe... Tyle razem osiągnęliście... - spoglądam na niego.
- Wiesz, chłopaki zaczęli zakładać rodziny i tak jakoś to wyszło. -
wyjaśnia.
- Rodzina... Wiesz, ja nie planowałam w rodziny, ale jak już ją mam to
nie chce jej stracić. - wyznaję.
Myślę, że mogę mu ufać. - Potrzebuję tylko trochę wsparcia. Teraz
zostałam sama z dzieckiem i nie wiadomo czy tak nie zostanie. - czuję, że
pojedyncze łzy spływają mi po twarzy.
- Masz mnie, wiesz? - obejmuje mnie, a w tym momencie od Robbiego
wychodzi Caprice.
- A więc to tak!? - rusza szybkim krokiem do mnie. - Robbie może
umrzeć! Dzieckiem zajmują się obcy ludzie! A Ty! Ty już zarywasz kolejnego!
Wiedziałam, że to zły pomysł, aby wyrzekł się dla Ciebie nazwiska! Wyrzekł się
rodziny! Dla Ciebie! Dobry Boże! - siada, wachlując się.
- Wyjaśniłabym wszystko, ale myślę, że to i tak nic nie da. Nigdy mnie
nie zaakceptujesz, nie? - wstaję i idę do Robbiego.
Siadam przy jego łóżku, chwytam dłoń i zaczynam płakać. Mam tego
wszystkiego dość. Te wszystkie anonimy, ten wypadek, ta nienawiść teściowej...
Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Czasami chciałabym, żeby te wszystkie groźby,
że umrę się spełniły... A czasami, aby to wszystko się nie wydarzyło. Chciałabym
inne życie, ale co kogo obchodzi co chcę? Nawet nie Boga. Nie wiem zupełnie
czemu Caprice w niego tak wierzy...
Czuję, że Robbie ściska delikatnie moją dłoń. Podnoszę na niego wzrok
i widzę, że otwiera oczy.
- Tay... - szepcze.
Nie wiem czy wskoczył poprzedni komentarz, bo był jakiś błąd... W każdym razie pisałam, że Caprice to typowa kościółkowa dewota i że Dylan jest my fav *-*
OdpowiedzUsuńBuziaki
Do jutra