Przez następny tydzień Robbie pomaga mi z dzieckiem, aż pewnego dnia
dostaje telefon.
- Dobrze, przyjadę. Będzie dobrze mamo. - wyłapuję z jego wypowiedzi i
chwilę potem Robbie wybiega z domu, rzucając krótkie ‘Nie wiem za ile wrócę. To
pilne.’.
Zostaję sama i zaczynam mieć obawy. Czy to przypadkiem nie jest jakaś
pułapka? Oczywiście Caprice jako jego matka wiedziała o całej sprawie. Być może
też dlatego tak bardzo mnie nie lubi. Być może w jej oczach jestem zwykłą
morderczynią.
Popołudniu wpada do mnie Justin, który wczoraj wrócił z tournee po
Europie.
- Cześć Lil Lightning. - rzuca, cmokając mnie w polik. - Liczyłem, że
będzie Robbie, bo chciałem z nim pogadać. - oznajmia.
- Dziś rano pilnie pojechał do matki. - odpieram i biorę na ręce
Rossa. Akurat bawiłam się z nim w salonie grzechotką.
- Kurdę, to ważne. - wzdycha ciężko i spogląda się na nas. -
Śliczniusi jesteś, wiesz? Pewnie po mamusi. - delikatnie głaszcze małego po
rączce.
- Może mi powiesz o co chodzi? - proponuję.
- No nie wiem Tay. Nie chcę Cię denerwować. Dopiero co urodziłaś. -
wyjaśnia.
- Jus, bądź ze mną szczery, proszę. I tak już martwię się o Robbiego,
bo ktoś mu grozi. Przysyła ciągle listy z pogróżkami. które on przede mną
chowa. - wyjawiam mu sekret.
- Listy z pogróżkami? - jest zaskoczony.
- No tak. A coś się stało? - pytam.
- Wiesz… Ja też jeden dostałem. - wyciąga z kieszeni złożoną kartkę. -
Zobacz.
Rozkładam ją i zaczynam czytać.
PRZYJACIEL LIL LIGHTNING, NIE?
KAŻDY KTO ZNA CAŁĄ PRAWDĘ O NIEJ, ALE NIE POWIEDZIAŁ ANI SŁOWA, ŻEBY BYŁA WOLNA, A WINA ZA ŚMIERĆ STAŻYSTY NIE SPADŁA NA NIĄ, ZAPŁACI ZA TO ŻYCIEM. PIERWSZY TEN JEJ GŁUPI CIAPATY, POTEM RODZINA, PRZYJACIELE… CHYBA, ŻE SIĘ W PORĘ OPAMIĘTA.
SPRÓBUJ JĄ OSTRZEC CZY POKAZAĆ TEN LIST, A DOBRZE NIE BĘDZIE.
- Właśnie dlatego nie chciałem Ci mówić. Myślałem, że Robbie jako
detektyw mógłby coś zrobić. Ustalić kto to wysłał, powiadomić policję i
zapewnić Wam bezpieczeństwo, Tay. - oznajmia, gdy widzi, że składam list.
- Muszę porozmawiać z rodzicami i Natem. Może grozić im śmiertelne
niebezpieczeństwo, jeśli tak po prostu to zignoruję. To wszystko zaszło za
daleko. Zaproszę ich wszystkich dziś na kolację, a Ty mi pomożesz to
przygotować. Zerknij proszę na Rossa, okay? - podaję mu dziecko, wstaję i
wychodzę z telefonem zadzwonić.
Wieczorem spotykamy się wszyscy w mojej nie za dużej kuchni.
- Okay, teraz powiem o co chodzi. - zaczynam, a głos mi drży. -
Zapewne każde z Was otrzymało ostatnio tajemniczy list ze straszną treścią
dotyczącą mnie, Robbiego i Zachary’ego, czyż nie? - kontynuuję.
- Owszem Tay. Ojciec rozmawiał już o tym z Robbiem, ale ten
stwierdził, że to tylko głupia zabawa. - wyjaśnia moja matka Meredith.
- Tak nie może być. To nie są żarty. I skoro Robbie ma to gdzieś, sama
się tym zajmę, tylko, że potrzebuję waszej pomocy. - oznajmiam.
- Taylor ma rację. To niebezpieczne zignorować to. - wtrąca się
Justin.
- Ja w to wchodzę, Tay. - dorzuca Nate.
- Więc jak będzie? - spoglądam na rodziców i Pickera z Reną.
- Zgoda. - decyduje za wszystkich mój tata Ralph.
- Więc… Jutro idziemy wszyscy na policję. Pokażemy im to i niech oni
się tym zajmą. - zdradzam swój plan.
W tym momencie rozlega się dźwięk mojego telefonu. Dzwoni nieznany
numer. Niepewnie go odbieram.
- Halo, czy to pani Taylor Dean? - kobiecy głos odzywa się w
słuchawce.
- Tak. Coś się stało? - pytam przejęta.
- Pani mąż jest w ciężkim stanie w szpitalu. Proszę jak najszybciej
przyjechać. - słyszę i nagle czuję, że robi mi się słabo.
Komórka wypada mi z ręki na posadzkę, a Justin z Natem łapią mnie w
ostatniej chwili nim tracę przytomność.
Ostro... Skoro nawet Justinowy ktoś grozi... Ta sprawa z mamą wydaje mi się podejrzana. Tay miała rację, że to pułapka!
OdpowiedzUsuńBuziaki :*
Do jutra