2017-09-07

| 3 | 9.

Po powrocie do Los Angeles zabieram z apartamentu swoje rzeczy i jadę do rodziców. Bardzo wolno, co chwila wycierając brzegiem dłoni napływające do oczu łzy. Gdy w końcu jestem na miejscu, rodzice są bardzo zdziwieni.
- O jeny, Taylor… - mama ściska mnie od wejścia. - Co się stało, kochanie?
- To już koniec. - rzucam tylko i całkowicie się już rozklejam. Łzy spływają mi po twarzy, rozmazując cały makijaż.
- Rozmawiałaś z nim dlaczego się nie zjawił na ślubie? - dopytuje tata, prowadząc mnie za rękę do salonu i sadzając na kanapie. Razem z mamą mocno mnie przytulają.
- Nie…, nie chciałam z nim rozmawiać… Wygarnęłam mu wszystko i z nim zerwałam… To nie może tak być, że będzie mnie okłamywał… - mówię i pociągam nosem.
- Zwolnię go w trybie natychmiastowym, bądź spokojna, mała błyskawico. - zapewnia mnie.
- Picker mi wszystko wyjaśnił, ale i tak nie mam zamiaru wybaczyć Deanowi. - dodaję.
- I dobrze. Nie zasłużył na Ciebie. - stwierdza mama. - Szkoda, że nie wypchnęłaś go przez okno jak Zacha. - śmieje się i ja także się delikatnie uśmiecham.
Przypomina mi się moment, w którym było naprawdę blisko, aby to się stało… Jednak wtedy zaczął mnie całować i perfekcyjnie trafił, że się w nim zakochałam. Ostatnim czasem żałuję, że nie wypchnęłam go jak miałam okazję. Może moje życie wyglądało by zupełnie inaczej…

Kolejne dni wyglądają podobnie. Wróciłam do pracy w firmie na tyle na ile pozwala mi ciąża. Mogę pracować w takich godzinach w jakich mi pasuje. Robbie został zwolniony natychmiastowo, jak ojciec kazał, a wypowiedzenie wysłaliśmy mu do domu, abym już więcej nie musiała go oglądać. Samo wspomnienie o nim bardzo mnie boli…
Wykonuję kolejne zamówienia, gdy nagle dzwoni do mnie Rena.
- Cześć. - mówię zaraz po odebraniu.
- Hej. Masz ochotę wpaść dziś do mnie? - proponuje.
- Czemu nie. Będę około piątej. - zgadzam się.
- To świetnie. Możesz też zabrać Lizę… Zrobimy sobie babski wieczór w czwórkę skoro Robbie zajmie się małą. - odpiera entuzjastycznie, dodaje jeszcze "To do zobaczenia" i rozłącza się.
Z Reną zaprzyjaźniłam się jeszcze przed ślubem i do teraz mamy dobre relacje. Spędzamy ze sobą dużo wolnego czasu. W końcu mamy podobne tematy, jak to dwie kobiety w ciąży. Jej synek urodzi się dwa tygodnie szybciej niż mój, więc na pewno wtedy będziemy spędzać razem jeszcze więcej czasu.
- Taylor, masz gościa. -mama staje nagle w progu mojego biura.
- Kto? - pytam, nie odrywając się od pracy.
- A jak myślisz…? - stawia na biurku karton pączków.
- Powiedz mu, że ma spadać. - decyduję. Tym razem nie przekupi mnie pączkami.
- To chyba będzie bardzo sarkastyczne. Wlazł na dach i zagroził, że jeśli go odrzucisz to się zabije… - odpiera.
- A co mnie to obchodzi? - odburkuję. - Ale wiesz co, sama mu to powiem. - wstaję z krzesła. - I oddam te cholerne bezglutenowe pączki. - zabieram karton i ruszam do windy. Owszem, nieco boję się wysokości, jednak ta sytuacja jest tego warta.
Wychodzę ostrożnie na dach i zauważam Robbiego Deana stojącego przy samej krawędzi. Biorę głęboki oddech i podchodzę do niego bliżej.
- Robbie…

1 komentarz:

  1. Robbie jest zdesperowany. Nie wiem czy Tay mu wybaczy...
    Pozdrawiam i czekam co dalej.

    OdpowiedzUsuń