Zerkam raz na Robbiego, raz na pierścionek i nie wiem co odpowiedzieć.
- Posłuchaj, nie miej mi tego za złe, ale niestety muszę powiedzieć "nie".
Nie jestem jeszcze gotowa. - odpowiadam po dłuższej chwili.
- No tak... Tylko się wygłupiłem. - chowa pierścionek i wstaje. -
Odwiozę Cię, co? - proponuję otrzepując spodnie.
- Nie bądź zły, Robbie... - odpieram i spoglądam na niego. - Kocham
Cię, chcę z Tobą być, ale nie śpieszmy się, okay?
- Nie okay Taylor! - podnosi głos i wylewa wino ze swojego kieliszka
na piach.
- Zupełnie Cię nie rozumiem... Może lepiej będzie jak się rozstaniemy?
- proponuję i również się podnoszę.
- Zastanów się najpierw czego chcesz od życia, a potem zadzwoń, okay?
Mam jeszcze wiele ważnych spraw do załatwienia, które czekają, bo Ty jesteś dla
mnie najważniejsza. Ale skoro tak... Zobaczymy czy coś kiedyś z tego wyjdzie. -
odzywa się oschle i zaczyna wszystko składać.
- Widzę jak najważniejsza... - burczę pod nosem. - Szkoda, że nie
wyleciałeś przez okno jak Zachary! - krzyczę i oblewam go winem z mojego
kieliszka.
- Idiotka! - mruczy wściekły, ścierając alkohol spływający mu po
twarzy.
- Dupek! - odpowiadam mu, zabieram swoją torebkę i ruszam plażą do
wyjścia.
Za dużo się dzieje, za dużo. Kocham go, ale nie umiem z nim być. Może
rzeczywiście nie jest dla mnie... Może moim przeznaczeniem jest samotność do
końca życia...
Wracając na piechotę pod firmę po swoje auto, staram się nie myśleć o
tym co się wydarzyło jednak ciągle mam przed oczami Robbiego Deana z
pierścionkiem, patrzącego na mnie z miłością i pragnącego mnie jako swojej
narzeczonej. To boli, bardzo boli obie strony, jednak nie mogłam inaczej. Minie
kilka dni i przejdzie mu. Nasze osobowości są zbyt wybuchowe i to dlatego. Ale
wierzę, że kiedyś się dogadamy i wszystko się ułoży jak powinno.
Następnego dnia w pracy Robbie ani razu mnie nie odwiedza, więc
postanawiam podczas przerwy na lunch iść do niego. Odgrzewam w mikrofali
tortille, zabieram z lodówki colę i jadę windą na 10 piętro. Wchodzę bez
pytania i zauważam coś czego nie powinnam. Dean obściskuje się na biurku z
sekretarką mojego ojca. Zaciskam oczy, aby się nie rozpłakać i szybkim krokiem
kieruje do windy, gdzie wpadam na mamę.
- Coś się stało, córuś? - pyta z troską, biorąc ode mnie talerz.
- Nic takiego. - kłamię i uśmiecham się sztucznie.
- Skoro tak… - odpuszcza sobie i rusza w kierunku mojego biura. -
Chciałam właśnie iść do Ciebie. Przyszło zaproszenie na konferencję dla firmy.
Ojciec i ja oczywiście jedziemy, ale Ty także musisz. W końcu przejmiesz po nas
interes. - oznajmia i stawia mi posiłek na biurku.
- Co? Nie chcę. - odpieram i rozsiadam się w fotelu.
- Robbie też pojedzie, jeśli o to Ci chodzi. Na kilka dni stażysta z
firmy fotograficzno-poligraficznej stanie się gościem od noszenia bagaży. -
dodaje.
Świetnie, jeszcze jego tam brakuje. Po tym co dziś zrobił nie chcę go
znać.
- Musi? Przecież i tak będzie pełna obsługa wynajęta przez
organizatora… - próbuję namówić mamę do rezygnacji z tego pomysłu.
- Tak. Ralph już mu powiedział. - odpowiada i kieruje się do wyjścia.
- A, i jeszcze jedno. Wyjazd jest w tę sobotę. - rzuca i zostawia mnie samą.
Po prostu cudownie. Mam jechać na jakąś nudną konferencję, znosić tego
cholernego Robbiego Deana i jeszcze użerać się z tymi wszystkimi ludźmi. Przez
wydarzenia związane z Pickerem i Adagio mój status społeczny się zmienił i
pojawiło się wiele plotek na mój temat. Ledwo ukończyłam szkołę, a już mam pod
górkę w życiu. Ale mogłam się tego spodziewać, że konsekwencje moich czynów
będą takie a nie inne.
To wszystko takie dziwne i zakręcone - nie tak miało być!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie i poczekam, aż Tay się ogarnie ;)