Kolejnym dniem mojego życia jest znienawidzony poniedziałek. Okay, to
dzień jak każdy, tylko dlaczego mamy wtedy same najgorsze lekcje?
Cmokam tatę w polik, wysiadam z samochodu i kieruję się do swojej
szafki. Kilka dziewczyn z innych klas patrzy na mnie złośliwie, a Nate stoi
Justinem i czekają na mnie.
- Hej. - witam się z nimi i odkładam do szafki niepotrzebne książki.
- Widzę, że w dobrym nastroju dzisiaj jesteś... To pewnie przez
Robbiego... - rzuca Nate, za co piorunuję go wzrokiem.
- O co Ci chodzi? Byliśmy pijani. - odburkuję i trzaskam drzwiczkami.
- No... Wiesz... Od kiedy Picker Cię... - Justin pokazuje ruchem ręki,
o co chodzi, żeby nauczyciele nie słyszeli. - Stałaś się jakaś... No nie
wiem... Inna?
- Wcale się nie zmieniłam. Pleciesz bzdury... - prostuję go i ruszam
do sali.
- Wcale? Popatrz jak się zachowujesz! - woła za mną, ale nic już nie
odpowiadam. To ja jestem sobą, nie on mną i lepiej wiem czy się zmieniłam czy
nie.
- O, Tay. Tu jesteś. - Robbie nagle znajduje się tuż obok mnie.
- Hej. - mruczę pod nosem.
- Ej, co jest? Może kawa dziś popołudniu? - obejmuje mnie ramieniem.
- Zostaw mnie. Masz Renę. - odpycham go.
- Jesteś okropna, wiesz? Człowiek się stara, a Ty co? Nieładnie tak,
nieładnie... - karci mnie.
- Wiesz, że mnie to nie obchodzi? Nigdy nie obchodziło mnie co ludzie
o mnie myślą... Oni sami też mnie nie obchodzą. - odpieram i zatrzymuję się
przed wejściem do sali. - Zobaczymy się na próbie w czwartek. - dodaję i
zostawiam go samego.
Po zajęciach wracam do domu na piechotę. Justin musiał jechać po mamę,
a z Natem nie miałam ochoty jechać. Ostatnio nasze relacje znacznie się psują.
Sais w końcu ma dziewczynę Nię, a Justin stara się być jak najukochańszym i
najcudowniejszym, aby Miranda go zechciała. Wchodzę do domu, a mama czeka na
mnie przy stole.
- Cześć Tay. Jak było w szkole? - pyta, gdy wchodzę do kuchni.
- Całkiem nieźle. - odpowiadam krótko.
- Na pewno? Wróciłaś sama, widziałam. - docieka dalej.
- No... To skomplikowane. Myślę, że musimy trochę od siebie odpocząć z
chłopakami. W czwartek jest próba, to może akurat... - wzdycham. - Co na obiad?
- zmieniam temat.
- Zupa brokułowa. Mam nadzieję, że lubisz... Bo ojciec to tak narzeka
na to... - wstaje od stołu i wyciąga miseczkę.
- Lubię, lubię... - kłamię. Niechęć do tego dania mam akurat za tatą.
- To cudownie! - nalewa pełne naczynie zupy i stawia przede mną.
Po prostu wspaniale...
Taka smutna Tay - widać, że zależy jej na relacjach z chłopakami...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na next.